Utwór.

Czas na ciszę nastał, w pogrobowym stylu, o stylu którym żadna, dzisiejsza modna, gazeta nie napisze. Nastała noc, ciemna tak bardzo, że państwo zapaliło światło by cokolwiek zobaczyć, choć państwo oglądać się nie lubi.

Ćma lata przy żarówce. ĆMA, co na wierszu usiadła, skrupulatnie składając skrzydła, jakby czytać chciała. Teraz lata, wiersz się nie podobał.

Nastaje spokój telewizyjnego szumu, w pięciu oknach taki sam, w trzech innych trochę się różni, w jednym państwo pali smaczne papierosy i pije smaczną wódkę, smaczną tylko przez chwilę, której i tak nikt już po ciszy, nocy i spokoju pamiętać nie będzie.

Bohater stoi, bohater patrzy, bohater czeka, oczekuje… na wyciągnięcie ręki…

Kartezjusza nieznany smak…

Noc była jeszcze ciemna gdy odgarnąłem włosy znad Twojego ucha. Cichy szept i dotyk nie obudził śpiącego w Tobie ptaka. Oddech unosił pierś gorącą rozespaną wciąż oddzieloną od nagości cienką warstwą wstydu. Ciepło płynące z palców rozgrzało Twój kark. Ptak zerwał sie do lotu roztrzepotanymi rzęsami. To westchnienie na powitanie, ust rozchylenie…

Kim jesteś Nieznajoma? Kochamy się?

Tryptyk.

Dziś umarłem na chodniku, w obojętności przechodniów z wyciągniętą ręką, ku sam nie wiem czemu. Spokój, jakby nie patrzeć, wielki spokój. Teraz już mam w dupie, teraz jak i zawsze, kolokwialnie bardzo głęboko. Dziś już jutro się nie liczy, a wczoraj umarło wraz ze mną. Jest dziś, jest teraz, jest zawsze, jest uśmiech, gdyż uśmiech jest wskazany w takich sytuacjach, jest ręka, omijana, gdyż każdy chce jak najdalej, gdyż każdy chce nie widzieć mojego szczęścia w strachu z wybałuszonymi gałami, gdyż dziwi się państwo szczęściu, które kuje w oczy, smuci, ma kolokwialnie głęboko.
Szczęście przyszło, więc leżę…

Szklanka.

Pusto tu u państwa, a jakże nieznośnie cicho, szklanka wytrzymuje sto mililitrów niedobrego trunku, który jest pyszny (tak sobie wmawiam). Szklana szklanka znosząca alkohol, paczka papierosów, z dymem idą wspomnienia, gaszone co rusz małymi łyczkami. Pusto tu i nieznośnie cicho. Państwo włączy sobie radio, państwo przysiądzie, bo spieszyć się nie wypada, choć państwu ostatnio wszystko wypada, nawet bardzo. Ostatnie kolory odchodzą z wyłączonym telewizorem, z ostatnią audycją nadaną tylko i wyłącznie dla mnie, ostatnią audycją rodzinną taką, z podstawowymi czynnościami wykonywanymi w cieple i miłości.

Ciepło i miłość, słowa które posiadłem bardzo dawno. Było mi dane, za co państwu dziękuję.

Następuje piąty łyczek wyrafinowanego trunku (tak sobie wmawiam). Państwo nie wymaga ode mnie zdradzania tajemnicy, którą posiadłem dzisiaj, którą podnieciłem się jak berbeć i niosłem skrycie do domu niczym złodziej. Państwo najlepiej ode mnie niczego niech już nie wymaga. Nie chcę być państwa obywatelem. Po prostu już nie chcę, wycierając ten nieschludny ślad szminki ze szklanki, zawierającej wykwintny trunek (tak sobie wmawiam).

Marionetka….

Sypiam… z sercem ściśniętym zbyt wieloma uciskami…Budząc się i wstając tańczę na linie pomiędzy domami, ulicami, samochodami.. nikt mnie nie dostrzega…. wtapiam się w tłum pedzący nie wiadomo dokąd…  Wykonuję kolejne wymuszone salto, nikt nie widzi, że odbiera mi ono oddech, bo zawsze mam uśmiech na twarzy.. . zupełnie jak kukiełka trzymana na krzyżaku, ciągana za sznurki…  Malowane wielkie oczy mogłyby prawdziwymi łzami wypełnić  się choć raz.. lecz ja nie pokazuję łez duszę je głęboko… i czekam aż opadną sznurki i zostanę sama… płyną wtedy wsiąkając w poduszkę… tłumiąc…

Pusty kubek…

… przyciąga spojrzenie świeżo otwartego oka. Każe wstać i zrobić cokolwiek w powietrzu przesyconym zapachem długiego snu. Na razie usiądę z nogami skrzyżowanym w kostkach, a może lepiej nie… Otwarte drzwi wołają echem wczorajszej burzy, której ślady są wciąż na pościeli. Odwracam wzrok. Co zrobić, aby podnieść się?

Kicz…

Jak za duży obraz – nie mieszczę się w ramach… lub zbyt mały.. wypadający wciąż byle gdzie…
A rama.. wisi krzywo…
Cały ten obrazek przesycony kolorami, formami, uczuciami… zbyt jaskrawy, zbyt banalny, zbyt oczywisty… za dużo na nim widać. Nie ma subtelnych niedomówień. Przytłacza wielkością i trwałością ornamentów… I nic go nie zmieni.
Zwykły kicz- cała ja…

Spleen.

Obraz na tyle rozmazany, że mógłby być prawdziwym, ból poniżej serca tak mocny, że powietrze robi się gęściejsze. Nie poddając się niedociągnięciom własnego jestestwa, idę dalej zżółkłymi ulicami, szukając sensu, zdarza się być przy tym desperatem. Miłe to czasem, odnaleźć wewnątrz zardzewiałej puszki po groszku, niestarannie rozparcelowanej przez jakiegoś podobnego do mnie łachmana, litościwego boga, któremu oddaje cześć nachylając się, lub padając bezwiednie na pysk. „Falowanie i spadanie, falowanie i spadanie…” Po raz kolejny Jackowska, niejaka Kora, miała rację, po raz kolejny słyszę jak zdartą płytę, fragment tej piosenki.

Zamglone uliczki, niczym koniec świata, czarne chodniki, mokry asfalt i te dziwne wersety w głowie… „Czekam na wiatr, co rozgoni, ciemne skłębione zasłony, stanę wtedy naraz, ze słońcem twarzą w twarz…” Tylko, że ja już słoneczka nie chce oglądać.

Znikam w wilgoci, znikam we mgle, poszukując, w tym przepełnionym marazmem,  kolejnego bóstwa utrapionych. Może nie zdradzi, może poratuje, może podniesie, może…