Duszno.

Pornografia słów,
pornografia myśli,
pornografia palca wskazującego,
pornografia w telewizji,
w radiu, w dotyku.

Prognoza pogody
znowu nie sprzyja,
cienie na bramach
coraz krótsze.

Pornografia na plakatach,
w gazetach
i w ludzkich grach,
pornografia w pubach,
na koncertach, w muzeum,
pornografia w autobusach
w tramwajach,
oraz w miłości,
o której nie napiszę już
kolejnego wiersza.

Pieprzenie.

Tak, jestem.
Tak, utyłem,
i tak robię.

Tak, palę papierosy
i lubię rzuć gumę.
Tak, spoglądam na nią
mym błędnym okiem.

Tak, sprzeciwiłem się,
zagłosowałem na tak,
aby tak myśleć,
tak mówić,
tak żyć
obok Ciebie.

Tak, wypiłem wczoraj,
i tak tańczyłem do białego rana.
Tak uderzyłem
i skradłem jej serce.

Tak mówię,
tak piszę,
tak żyję.
Tak właśnie się bawię
w tych obleśnych skarpetkach.

Tak będę,
tak się spóźnię,
tak znikniesz
i ja tak zniknę,
tak cicho.

Ot tak, codziennie,
tak świadomie
pieprzę nie.

Tak.
Wszystko na tak,
trzy razy tak,
dziesięć razy tak,
tak, tak, tak, tak
bez końca.

Po prostu.

Obudziłem się,
choć w to wątpiłem
po prostu.
Serce zmęczone,
oczy zmęczone,
które skupiły
się na latającym potworze.
Wątpiłem w niego,
lecz się patrzyłem,
szukając po omacku,
zmęczoną dłonią,
paczki papierosów.

Obudziłem sie,
w zwątpieniu,
nowy dzień,
w zwątpieniu,
gdy serce zmęczone,
gdy oczy zmęczone,
wpatrujące się
w latającego potwora.
Usta zmęczone,
ściskają papierosa,
nogi zmęczone,
stojące przed dylematem,
- w górę?,
zapytałem sam siebię,
w zmęczonej głowie,
- czy w dół?

Stoję w miejscu,
w zwątpieniu,
zmęczony.

Dewocjonalia – maj

Kawa,
Papierosy,
Wódka,
Zbawiam się,
patrząc na nie,
smakując ich
i dotykając.
Sumienie spokojniejsze
gdy czarna,
gdy smaczne,
gdy zimna.
Zbawiam się,
mając przy sobie
wybielacze sumienia
i niepewniki pamięci,
gdy fusy na dnie,
niedopałek w doniczce,
krople na szkle.
Zbawiam się,
Zbawiam się,
Zbawiam się.
Pragnąc wciąż jeszcze.

Niewiadomek

I tak i nie!
Wszystko jakby orientalne,
gdzie pan, pani,
spotyka panią, pana,
jakby na uśmiechach
grane.
I tak i nie!
Nie wiem do końca,
stałaś lecz leżysz,
gdzieś na peronie,
osobno lecz razem,
walka nieznośna,
z alkoholem,
papierosem,
i prochami w pamięci!
Wszystkie kościoły
pachną tak samo,
niektóre bardziej,
gdy w tej samej ławce
spotyka się
Brutal z Naftaliną
w futrze nie pranym
od zawsze!

„Czółenko.”

- „Mówisz tak pięknie i cicho, namiętny szept z twoich ust pobudza mnie do życia. Wiesz, stęskniłam się za tobą.
Jest ciebie tak mało, a jak jesteś, świat się kończy. Tylko ty i ja. Dawno nie było twojej czułości, uśmiechu, spojrzeń. Stęskniłam się.
Odezwij się czasem, nie zapominaj o mnie. Obiecujesz?”
- „…”
- „Zapomniałam, ty nigdy nie obiecujesz. Za dużo codzienności, za dużo braku ciebie. Żegnaj, odezwij się, tęsknie.”

Odwracam się, łykam prochy, zapominam. Zostaje tylko szmer w głowie i wspomnienie dzieciństwa.
To co było, zostało, to co teraz, stłamszone, to co będzie, jeszcze nieodgadnione…

Powstańczyk.

Umarli powstali, aby się napić wody ognistej.

Pełzną po cichu do gmachu sejmu,
telewizji i innych wyroczni sterujacych.
Im to nie zaszkodzi.
Oni nie żyja.

Wstali by tylko sie napić.
Pragnienie, jak zapowiadano,
pragnienie wody…

Tak sie miotają po supermarketach,
kreskówkach i świątyniach.

Wstali gdyż nie robi to nikomu żadnej różnicy.
Intelektualiści, poeci, pisarze i robotnicy popołudniowej zmiany,
symbole seksu i kołtuństwa,
bałwochwalcy i mistrzowie…
nie robią juz żadnej różnicy…
Oni bojkotują.
Oni maszerują.
Oni pragną.
Oni piją.

„Nastrojenie – drugie chlup”

Czasowo nie zdążam. Chcenie niechcenia, lecz czasowo nie zdążam, bulgotanie. Ból, ból, ból, ból, ból…

Papierowa podłoga z pełnymi zdaniami, które trzeba zapamiętać, szczere uśmiechy, które trzeba ćwiczyć i wygięty lekko czas, którego zabrakło wieczorem.

Na podłogę zapałka, czas jest, na drugie „chlup”, aby uśmiech był jeszcze szczerszy…

Chcenie niechcenia i bulgotanie. Ból, ból, ból….

Manifest – alkoholizm

Napisałem manifest,
do władz wszelakich,
iż nie jestem,
nie jestem alkoholikiem,
nie jestem gdyż,
się przyznaje,
a oni tego nie robią.

Ja się przyznaję.

Manifestuje was,
władze piękne i młode,
iż nie jestem,
a mogłem,
ale nie jestem,
więc proszę przestać.

Napisałem manifest,
to było wczoraj,
nie wsadziłem w kopertę,
nie nakleiłem znaczka.
Nie użerałem się z dziewicą w okienku
i nie wysłałem do władz!
Manifest o alkoholu…

Przykleiłem manifest,
do szyby od sklepu MONOPOLOWEGO!!!

Ktoś zdrapał.
Widać, władze manifestów nie lubią…

„Nastrojenie – pierwsze chlup”

Siedzimy w knajpie, dym gryzie w oczy, butelki do połowy puste… siedzimy i marudzimy coś o gwiazdach i porankach, o życiu i śmierci, zaufaniu i domysłach… Papieros w ustach, butelki do połowy zapełnione… siedzimy i odwracamy wzrok przy każdym spojrzeniu na siebie… brak szacunku? Czyżby? Tylko z której strony?

Na miejscu gdzie stał kiedyś stary fortepian, stoi dziewczynka i gra na skrzypcach, kurz unosi się ponad stopami. Ciekawe czy tej nocy ktos znowu rzuci w nią butelka i krzyknie coś o dziwkach?

Dziewczynka gra, wskazówki się wyginają, następuje pierwsze „chlup”, po kolejnym. Nikt nic nie mówi, nikt już nie patrzy. Tylko z rogu dobiegają echa maruderów szepcących coś od niechcenia o gwiazdach i porankach…

Krytycyzm.

Poranna kawa.

Pobudka o godzinie,
radio „Miłosierdzie”
puszcza swój stały program,
dym dusi,
kawa stygnie,
migawki z przeszłości,
dość bliskiej i mglistej,
nie dają myśleć racjonalnie.

Posiedzenie przy stole,
radio „Miłosierdzie”
śpiewa swoje piosenki,
butelki tańczą,
śmiejąc się ze mnie
w tym swoim nieznośnym
bełkocie.
Wulgaryzmy w głowie,
na parapecie,
na ustach.

W ustach papieros,
kawa na stole,
oczy spuchnięte
od codzienności.
Gazeta niedzisiejsza,
radio „Miłosierdzie”
składa życzenia.

Widziałem już wiele,
myślę tak samo,
jak wtedy gdy otwierałem
oczy,
nie wierząc, że to już ranek.
A radio „Miłosierdzie”
dedykuje mi
patriotyczne pieśni
marzące o wolności.

Krople rosy… (wciąż się pisze…)

…Ukrywałem się wiele lat, taki to był mój urok, taki to był mój świat… cztery ściany z dykty, na środku stolik. Stolik o kształcie kwadratu i w kolorze czerwonym, na nim brzytwa! Obolała brzytwa, zdzierająca codziennie maskę starego człowieka, lekko zakrwawiona i niema, tylko czasem wydawała z siebie stukot i lekki pisk przypominając tylko ona wie o czym.

Ukrywałem się wiele lat, lecz taki mój urok prysł, głowa podniosła się z mokrej poduszki, oczy znały ten widok, nos znał ten zapach… leżała obok, spokojnie i lekko, trzymając mnie za rękę. Spała jak dziecko, a ja..? …maniakalnie szukałem jej imienia na paczce papierosów…