Wpisy autorstwa: C.

Wpadam do przedszkola, wieszam siadam patrzę. Chłopaczyna, koszula wyciągnięta, włosy krótkie, wiek nieodbiegający od ogółu przedszkolnej populacji, patrzy. Na globus patrzy, jakoś tak martwo, nie po przedszkolnemu, wzrok utkwiony gdzieś w oceanie, może morzu, od bólu jeziorze. Nie wiem, nie widzę, jakiś łańcuch górski przysłania mi miejsce namaszczone dziecięcym wzrokiem. Przemawiam, po dorosłemu, językiem ojca, dziada i pradziada, oraz ukrytą w psychice matką, mówię: Hej chłopcze, czego tam tak szukasz? On odpowiada, nie spogląda ale kręci, globusem kręci, tak jakby od niechcenia przeciwwagę robi dla swojego wzroku, żeby się patosu wyzbyć z chwili obecnej wiecznie trwającej. Miejsca dla siebie szukam, mówi. I co znalazłeś? dopytuję. Nie ma miejsca, w które mógłbym nie zabierać siebie, odpowiada, i już nie kręci, patrzy, ale nie na mnie, na funfla od porannego kakao co podpala lupą mikołajkowym prezentem wóz strażacki światłem z jarzeniówki.

…soulmates never die…

Kreśląc palcem na barze banalne serce, człowieka nachodzą czasem dziwne myśli. Przecież istnieją biliony ludzi, różne nacje kolory wzrosty wagi… Po co taki banał na drewnianym blacie? Wchodząc na cmentarz nigdy nie potrafiłem poczuć nieubłaganych zasad życia. Siadając na zimnym marmurze, ostatnim pomniku wystawionym moim znajomym, rozmawiałem, śmiałem się, płakałem i żałowałem. Nie potrafiłem tylko jednego. Zrozumieć ulotności chwili, nieodwracalności czasu, jego bezwzględności w szczęściu i rozpaczy. Tego wszystkiego uczyłem się na dworcach. Patrząc jak kolejne pociągi unoszą moją miłość w ciemną przepaść nocy. Zawsze o czasie. Zawsze niewzruszenie i tak samo obojętnie.

..Again..

Świat opisany jest kwintesencją nudy. Wszystko można określić liczbami. W jedenastu żeberkach mojego grzejnika płynie dokładnie wyliczona ilość wody. Prędkość jej przepływu określona jest wzorem, którego nie znam. Ale on istnieje, wiem że istnieje. Jego żeliwo figuruje w tabelach określających przewodnictwo cieplne. No i jeszcze temperatura wody, nad która czuwa komputer zaprogramowany tak, aby zmieniał ją w zależności od pogody panującej na zewnątrz. Czasem gram nauce na nosie, malując ów grzejnik niepoprawnie grubą warstwą farby. Śmieje się pod nosem siedząc po turecku z pędzlem w dłoni i powtarzam wyliczcie teraz jak szybko nagrzeje się mój pokój.

Zaraz po tym jak obdarłem wszystkie książki z okładek ustawiłem je grzbietami do ściany. Płyty zamalowałem w sposób uniemożliwiający ich identyfikacje. To jedyny ścieżka umożliwiająca wyrwanie się z opisanego świata, który znam od dzieciństwa. Wprowadzić chaos, zniszczyć ład, bunt! Pieprzyć na kuchennym stole życiowe doświadczenie podczas niedzielnego rodzinnego śniadania. Dlaczego kopnięte dziecko musi się rozpłakać? Dlaczego nie wiem jak zaprogramować moje DVD, ale bez najmniejszego zawahania potrafię powiedzieć dokąd doprowadzi mnie droga, na którą wszedłem?

…We catch the last bus home…

Człowiek siedzący w wilgotnym pokoju ma tylko jedną myśl. „Dlaczego?”. Albo nie. Zacznijmy jeszcze raz. Bo przypuszczalnie ludziom siedzącym w wilgotnych pomieszczeniach przychodzą do głowy różne myśli… no cóż.. może tak.. Kiedy wracam do swojego starego domu zawsze panuje tam cholerna wilgoć… ale nie ta, od której człowiek marźnie. Ta jest ciepła, stęchła i obezwładniająca. Wyłania się ze zniszczonych zielonych tapet. Dlaczego wszystko w moim starym pokoju jest utrzymane w kolorze zielonym? Nawet ta kanapa. Jedyny mebel. Siadam na niej instynktownie, czuje jak moje ubranie powoli przesiąka jej wilgocią, powietrze jest ciężkie, trudno się oddycha. Dlaczego wracam do tego domu? Dlaczego nigdy go nie sprzedałem, nie wyremontowałem, nie spaliłem. Gubiłem w życiu prawie wszystko, pieniądze, czapki, dokumenty, znajomych, miłości większe i mniejsze, ale nigdy nie mogłem zgubić kluczy do jego drzwi. Siadam w nim zawsze w ten sam sposób i zawsze zadaje to samo pytanie – dlaczego? Dlaczego tu przyszedłem i siadłem w ten sam sposób, dlaczego znowu przekręcając klucz miałem nadzieję, że tym razem poczuje zapach kwitnących w ogrodzie drzew owocowych.. że jakiś mały kurdupel podbiegnie i powie „robimy wojnę w lesie, bierz tarcze, a ja nazbieram szyszek”.

Nic nowego ci nie powiem, odpowiedź znajdziesz w każdym prawie senniku. Na niepowodzenia reagujesz ucieczką. Szukasz schronienia w dzieciństwie, okresie pozbawionym zmartwień i decyzji, starasz się przenieść go do współczesności. Ale tamten świat już nie istnieje. Nie ma go. Dziwie się nawet, że przechodzisz przez te drzwi, powinny być dla ciebie za małe. To nie jest już Twój dom, opuściłeś go wiele lat temu i nigdy nie wróciłeś na czas. Przez te lata mieszkało w nim wielu. Patrząc na horyzont wierzyłeś, że czeka na Ciebie, aż wrócisz i podlejesz kwiatki, skosisz strawę i wypełnisz jego przestrzeń gwizdem gotującej się wody. Domy jednak nie czekają. Wracasz do niego i nie możesz uwierzyć w to, co widzisz. Wychodzisz i wracasz jakby to mogło coś zmienić, jakby ilość powrotów mogła kiedyś zatrzeć wszystkie dni, w których zabrakło Twojego klucza otwierającego drzwi. Przeceniłeś świat, on jest trochę bardziej zwykły niż czasem nam się wydaje. Dobrze wiem jak to wszystko działa, sama mnie przecież uczyłaś, ale czasem tak przyjemnie jest oszukać samego siebie. To jedyny rodzaj kłamstwa przy którym nie protestuje sumienie. Tak jak zawsze kiedy do Ciebie przychodzę bawię się tymi śmiesznymi włącznikami światła, mając nadzieję, że kiedyś zadziałają, Ty nie będziesz moim snem, a ja nie będę więcej budził się na tej zatęchłej kanapie.

In a melancholy town where we never smile…

Kiedy stoję na światłach w starym, zamulającym przy każdym wdepnięciu gazu, samochodzie, mam tylko jedno marzenie – pełnokrwisty włoski koń. Mam dosyć rdzy, kiepskiego plastiku, nieergonomicznego wnętrza , gównianej pozycji za kierownicą i wytartych siedzeń. Chce poczuć najpiękniejsze cztery sekundy swojego życia, zastawić cień przed przejściem dla pieszych, zagłuszyć płacz dziecka rykiem kilkusetkonnego silnika. Spojrzeć na przygłupiego dresa w Golfie IV, potem na jego przygłupią, acz ładną dziewczynę i z ironicznym uśmiechem zostawić ich w przeszłości. Na zawsze…

Ścigam się. Od świateł do świateł. Od zielonego do czerwonego. Kocham wszystkich, którzy zostają za mną, nienawidzę tych, którzy są przede mną. To oni nauczyli mnie tego stylu. Wciskasz gaz, jedziesz coraz szybciej i szybciej. Nie liczy się droga, ale cel. Po dziurach, czy chodnikiem, nie daj się złapać i pędź do przodu. I tak wszyscy kiedyś zaparkujemy na podjeździe w niebie, wiec zanim weźmiesz numerek od Św. Piotra wykręć ile się da. Nie płać na stacjach benzynowych, bo tak robią tylko frajerzy. Olej ostrzeżenia przed szkołami, o ruchu zwierząt i pieszych, jest przecież selekcja naturalna. Nie hamuj, to oznaka słabości. Goń! Goń! Przekraczając dwa złote nigdy nie patrz we wsteczne lusterko. Zobaczysz tam śmiejącego się diabła, który szepce ciągle jedno i to samo. Coś o demonach, rybkach akwariowych i orzechowych chrupkach. Śmieje się i pyta: „Gonimy jeszcze czy już uciekamy? Powiedz mi jak skończysz… znam motel, w którym serwują naprawdę niezłe dziwki z małą ilości klienteli na sumieniu”. Jadę. Kraków, Warszawa, Poznań, Szczecin. Zaciągam się na promie papierosem zmieszanym z zimnym morskim powietrzem. Oslo, Rovaniemi, Helsinki, prom. Dwa zero na liczniku, hamowanie i czerwone światło. Opuszczam szybę, koleś w nowiutkim Jaguarze z kierownicą po prawej stronie robi to samo. Mamy trzydzieści sekund. Patrzy na mnie. Nasze diabły też patrzą na siebie, robią głupie miny do szyb, jakby jeden chciał wygrać z drugim. Czy diabły czytają Gombrowicza? Nie wiem, ale na bank nie umieją obsługiwać elektrycznych szyb. Facet z Jaga wychyla się i mówi: „To nie nasz wina. Oni chcą żebyśmy tak żyli, a My chcemy pozbyć się tych kretynów przebranych za diabły. Dla nich jak filmowi kowboje gonimy zachodzące słońce, a My jak dzieci uciekamy przed nocą. Kiedy Oni po skończonej transmisji meczu będą śnić o Nas przytuleni do ciepłych piersi swoich żon, które kiedyś kochali, My będziemy przysypiać na lewym pasie autostrady zastanawiając się, dlaczego ogrzewanie nigdy nie działa kiedy tego potrzeba. Ktoś kiedyś sprzedał nam trefną kinder niespodziankę… szybkie pieniądze, szybki seks i szybkie samochody, a wszystko oblane przepyszną czekoladą. A przecież ja bym chciał tylko przestać czuć ten paniczny strach… strach przed tym, że jeśli przyśpieszenie nie będzie Nas wciskać w siedzenie, to ten pajac z tylniego siedzenie przestanie się śmiać, poderwie się i poderżnie mi gardło”.

Czasami marze o swoim starym samochodzie. Miał swoje lata i do rakiet nie należał, ale zawsze mogłem na niego liczy. Zima czy lato – wiózł mnie wszędzie, gdzie tylko chciałem. Albo płacz dziecka na siedzeniu obok… i to jak zaciska swoją małą rączkę na twoim palcu wskazującym, powoli się uspokajając, odzyskując wiarę, że świat ciągle trwa tak samo jak przed kilkoma minutami. Wciskam jej ten kit, kiedy zakłada nogę na nogę pozwalając białej mini lekko obsunąć się po jej gładkich udach. Chyba nie jest zbyt mądra, a patrząc po reakcji na ten banał z dzieckiem to pewnie włączył jej się do tego instynkt macierzyński. Dociskam gaz. Co ja bym zrobił z tym starym rzęchem? Niby jak miałbym zatrzymać tego imbecyla na tylnim siedzeniu. O nie, nie jestem idiotą.. nie dam sobie poderżnąć gardła…

Zielona ławeczka u podnóża Mont Everestu

Alejandro oparł plecy o burtę. Słońce piekło nieubłaganie. Na swojej łódce nie miał miejsca, w którym mógłby się przed nim schronić. Spojrzał za siebie i na chwilę zawiesił wzrok na wielkiej pędzącej na zachód łodzi motorowej. Powoli przerzucił go na parę wioseł spoczywającą od kilku dni u jego stóp. Jeszcze nie dzisiaj, jest za gorąco – pomyślał. Zamknął oczy i przechylił głowę do tyłu, krótka drzemka była najlepszym sposobem na zabicie czasu.

Niekiedy na morzu spotykał łodzie podobnie dryfujące do jego. Wymieniał się zmęczonym spojrzeniem z ich kapitanami. Wszyscy płynęli na zachód. Ale Alejandro i tych kilku wybrańców podobnych do niego, mieli coś, czego brakowało innym. Tamci wiosłowali tak szybko jak tylko potrafili. Wyprzedawali majątki, aby kupować większe i szybsze łodzie motorowe, gonili ku zachodzącemu słońcu niczym opętani. I nigdy nie potrafili zrozumieć Alejandra, który ucinał sobie drzemkę w chwili najlepszej pogody, żegnając ich szyderczym uśmiechem. Czasem rzucał im ironiczne życzenie „stopy wody pod kilem”, przeciągał się i zawieszał wzrok na podnoszącym się znad horyzontu słońcu. Zazdrościli mu. Im więcej wiosłowali tym bardziej tracili nadzieje na to, że uda im się z nim wygrać. Dlaczego on nie wiosłuje? Dlaczego nic nie robi? Musi coś wiedzieć, więcej niż my! Kim on w ogóle jest?

Alejandro dobrze wiedział co różni go od całej reszty ścigającej się hołoty. Miał coś czego oni nigdy nie mieli i prawdopodobnie nigdy mieć nie będą. Strach. Strach przed tym, że mógłby nie wygrać wyścigu. Strach przed porażką, odkryciem własnych słabości i tym, że za horyzontem nie ma żadnego lądu, żadnej mety. Paraliżujący strach przed utratą marzeń. To on mówił mu każdego ranka, że to zły dzień na rozpoczynanie czegokolwiek, że jutro będzie lepszy… Jutro na pewno będzie lepszy…

Suspens

Cztery ściany, drzwi, dwa zamki. Fotel, kanapa, telewizor, pod nimi dywan. Wchodzę i włączam radio. Miłość w czasach popkultury to rzecz wtórna. Ludzie uczą się jej z telewizji, nie znają prawdziwej miłości. Czują chemie jak narkotyk, ale nie wiedzą co z nim robić – przez nos, czy dożylnie. Kolorowe szkło mówi im jak mają się zachować. Jedni oglądają Humphrey’a Bogarta inni Audrey Tautou. Siadam. Przykładam dłoń do ust, żeby bezsensownie się po nich potrzeć. Kobieta. Podchodzę do okna, którego nie znajduję. Być może w tym domu nie ma okien, bo i po co? Żadnej rzeczy wartej zobaczenia. Co najwyżej tracę widok półnagiej sześćdziesięciolatki, rozbierającej się w pokoju bez zasłon, bo nawet mąż woli oglądać mecz, niż dzieło twardego dłuta czasu. Siadam. Przykładam dłoń i wciągam powietrze. Kobieta.

A może to zapach mojej matki? Czy matka w ogóle pachnie? Czy to raczej pachnie pomidorowa, ciasto wyciągnięte z piekarnika, świeżo upieczony kurczak?

Wkładam palec do ust i przesuwam po nierówno osadzonych zębach. Kobieta. Jej perfumy zostały nawet w moich ustach. Przesiąkłem. Jeśli kupiła markowe, przesiąkłem na długo. Nie wygram z gigantem, dali kupę szmalu kretynom w białych fartuchach, żeby mieszali kwiaty i korzenie. Drugą kupę szmalu artyście, który miał ukształtować kawałek szkła na jedyny w swoim rodzaju sposób. Trzecią kupę szmalu takiemu idiocie jak ja, który miał dorobić do tego filozofię i sprzedać. Z trzema kupami nie wygram.

Włączam telewizor. Śnieg. Pierwsza oznaka zimy. Nic nie widać. Przykładam dłoń do ust, to mnie uspokaja. Żadnych skojarzeń, żadnej przeszłości, tylko szuranie sandałów w opustoszałym na noc mieście…

celuloid

Pożądam tego co nieosiągalne. Czarne pończochy, czerwone pończochy, białe pończochy. Opięte na młodych łydkach, wspinające się coraz wyżej i wyżej, w bezkresne niebo spódnicy, która nie jest przydługa i której nikt nie nazwie przykrótką. Pragnę, chcę, żądam. Nie włączam już telewizora bez strachu, że znowu przypadkiem trafie na program, który zechce mi pomóc. Trzydzieści kanałów, wszędzie pułapki, lecisz po nich jak dziecko po cukierki – sport, pogoda, i nagle pach… Twoje ciało sztywnieje, dostajesz paraliżu, cztery kobiety, dwóch facetów, wszyscy w perukach, przypadkowo poprzyklejane wąsy, źle dobrane brody. Mówią, płaczą, krzyczą, milczą, przepraszają. Na trzysta odcinków sto pięćdziesiąt dotyczy Ciebie. Mówiąc o sobie, mówią o tobie. Czarne pończochy obejmujące twoje ciało w pasie, uścisk łydek na biodrach, ręka sunąca po autostradzie i druga goniąca ją pod prąd. Wyścig, w którym trzeba być ostatnim. Psycholog potwierdza – nie masz szans. Jesteś chory. Chory! Procenty, wykresy, wyliczenia. Mają wzór. Sam sobie nie pomożesz. Kiedy mam dobry dzień trafiam na te pięćdziesiąt procent programów, które nie dotyczą mnie. Śmieje się jak idiota z kretynów i ich kretyńskich chorób i tego, że sami się z nich nie wyleczą.

Nienawidzę kobiet. Nienawidzę kobiet w pończochach. Nienawidzę spotykać ich w sklepach, pubach, na ulicy, w mieszkaniach. Zawsze robią mi to samo. Złośliwie i notorycznie. Wyglądają zwyczajnie. Chodzą zwyczajnie, siadają zwyczajnie. A później wychodzą na chwilę, przyjmują nienaturalną dla rzeczywistości pozycję i zaczynają trwać na wieki. Pożądam niemożliwego.