Kategorie: tekstyTagi: , , , bezpośrednik

„Ordinarius.”

Poranek niczym zwykły deszcz.

Pan Stanisław wstał delikatnie od stołu, inaczej niż to bywało zwykle. Po zakończonym śniadaniu podparł się swoimi wiekowymi dłońmi tak by nie zagiąć czystego obrusu. Lubił mieć czysto na stole, nigdy nie kruszył i dbał o to, by ciężka praca jego żony nigdy nie szła na marne. Kiedy odeszła, podtrzymywał już tradycję domową, bo cóż mu zostało.
Nie mieli dzieci. Zawsze sobie tłumaczyli, że Bóg wybrał dla nich taką drogę i postawił przed nimi inne wyzwania niż wszystkim, co by w ludzkości nudy nie było. I postawił. Pan Stanisław weteran wojny niejednej, Światowej, o miedzę pod Koluszkami, z SB w stolicy Warmii, pod stocznią z ZOMO i jednej mniej krwawej z ZUSem po śmierci żony, Marii.

Maria, świętej pamięci, także miała ciekawą drogę, a to pielęgniarką była kiedy bomby spadały, a to z przekupami na targach kiedy to przyszło płacić za dużo za pewne rzeczy, a najtrudniejsze i najukochańsze dla niej jednocześnie, było opiekowanie się i wspieranie męża, który nie był urodziwym kawalerem, za to bardzo trudnym i tak specyficznym, że nie potrafiła go nie kochać. Tak miłość to była wielka, niczym wręcz spotykana tylko i wyłącznie w literaturze. Zawsze była pielęgniarką, zawsze trzymała porządek w domu, zawsze jedli na białym i czystym obrusie, modląc się przed każdym posiłkiem.

Pan Stanisław też dbał o to, o swoje przyzwyczajenia, o to co wypracowali razem z małżonką. Wiedział i twierdził, że sam znicz na grobie nie wystarczy, że tak też oddaje jej cześć. Było mu ciężko. Z każdym dniem ciężej. Lecz w tym narastającym bólu, zawsze dbał by ogień na grobie nigdy nie zgasł.
Rzadko  wychodził z domu, nie znał tych czasów, nie potrafił się w nich odnaleźć, był sam, czasem kiedy jego kompani z ławeczki jeszcze żyli, mógł sobie komentować i krytykować co nowe, wspominając jak to kiedyś było łatwo, nawet na wojnie wszystko było bardziej zrozumiałe niż ten chaos, który dział się za oknem. Koledzy przytakiwali, koledzy dyskutowali, koledzy wspominali, koledzy odeszli już na zawsze.

Wstał od stołu delikatnie, zawsze miał z tym problem, gdyż obolałe i trzęsące się ręce nie pozwalały mu na wiele, a tym bardziej na odrobinę delikatności w prostych sytuacjach. Dzisiaj było inaczej, zastanawiał się przez chwilę o tym co nowego dodali do jedzenia, że poczuł się po nim lepiej. Uśmiech zarysował mu się na twarzy, rzadko także spotykany. Westchnął, podszedł do zdjęcia małżonki, które w rogu nie miało czarnego paska i delikatnym muśnięciem zdrowej ręki pogłaskał ją po włosach.

Pan Stanisław w swojej samotności często rozmawiał z małżonką, często przywoływał ją z pamięci i widział jak przygotowuje obiad razem z nim, jak szykuje pranie, jak siedzi razem z nim i z ciekawością śledzi wydarzenia polityczne, aby się w nich nie pogubić. Oprócz rozmów przywoływał dyskusje, wyobrażał sobie jak bardzo odmienne znowu zdanie będzie miała jego luba. Nie myślał nigdy o tym, że zwariował, jedyne wariactwo według niego to była miłość, której zażył i która go trzymała nawet w chwilach samotności. Tak zachowywał jeszcze, dla siebie, okruszki szczęścia, nie chcąc ich nigdy stracić, nie chcąc ich nigdy oddać, niczym skąpiec co skarby swe chował przed światem. To była jego prywatność, to był skarb i też nie chciał go oddawać, a tym bardziej kiedykolwiek stracić. Jedyny jego strach – bezwzględna samotność.

Tym razem było podobnie, Maria stała w korytarzu i powiedziała:
Stasiek, już ta godzina, a Ty nie ogolony. Garnitur założyłeś, a twarz taka zaniedbana. –  Pan Stanisław pogłaskał się po twarzy i wiedział co miał teraz zrobić. Zdjął marynarkę, odpiął koszulę, ręce dalej były wypoczęte, skierował się w stronę łazienki.  – Jak się ogolisz wstaw wodę na herbatę, też się z chęcią napiję. – I tak poczynił, gdyż była już pora na gazetkę poranną i herbatkę. Z racji tego, że dziś czuł się świetnie, ogolił się porządnie jak kiedyś, czuł się świeży, zadbany, aż łza się zakręciła w oku, że Maria tego nie zobaczy, czuł się jak kiedyś. Po tej męskiej czynności, zapiął koszulę z powrotem, przywdział marynarkę i poszedł do kuchni podpalić pod czajnikiem. Przygotował jak zwykle dwie filiżanki, zawsze były dwie, nigdy o tym nie zapominał, nigdy o niej nie zapominał. Kiedyś jak bywali goście u niego, to także robił dodatkową herbatę, lecz zostawała w kuchni, co by nikt sobie nie pomyślał. On wiedział, on był wtedy spełniony i spokojny.

Kiedy tak stał nad czajnikiem, poczuł dotyk. Czyjeś dłonie przesunęły mu się po rękawach, dotknęły jego dłoni, czyjaś głowa wtuliła się w jego plecy, poczuł dobrze znany zapach, usłyszał dobrze znany głos:
Stasiu, Stasieńku, jak dobrze że jesteś. Co ja bym bez ciebie zrobiła, nie wiem jakbym żyła. Tak sobie dajesz radę. – Stanisław zamarł, nogi mu się lekko ugięły, odruchowo ścisnął dłoń, poczuł się jeszcze lepiej, wiedział, że to Maria. Walczył przez chwilę z myślami zanim jej odpowiedział. Walczył, bo domyślał się, że umysł mu płata figla, ale ten figielek był sympatyczny, był taki realny, był taki normalny, był taki kochany.
Maryś, żyłabyś normalnie. To ja nie wiem jak daję sobie radę bez ciebie, wiesz jaki ciężki ze mnie typ. – odpowiedział drżącym głosem.
Oj tak. Ciężki z ciebie typ. –  roześmiała się – Nigdy nie chciałam innego kawalera… – gwiżdżący czajnik przerwał jej wypowiedź. Puściła jego rękę. – Pójdę do pokoju, przynieś herbatki, usiądziemy sobie i powspominamy. – Wyszła. Pan Stanisław ani przez chwilę nie myślał się obrócić. Wszystko było tak niesamowite, że bał się, że jakby spojrzał za siebie, jej już by nie było. Zrobił szybko co miał zrobić, posłodził jedną łyżeczką, chwycił za filiżanki i skierował się w stronę pokoju dziennego. Ona tam była, Maria siedziała w swoim fotelu, uśmiechała się do niego trzymając w rekach druty.
Nigdy nie dokończony sweter. – pomyślał przez chwilę. Druty, kłębek i kawałek swetra zawsze leżały na fotelu Marii, tak jak je zostawiła w dniu kiedy odeszła. Teraz miała je w rękach, teraz mówiła, że musi wreszcie dokończyć.
Mario, ale ten sweter nie jest potrzebny. –  powiedział do niej wzruszając się delikatnie.
Jak to nie. Oj Stasiek, w czym ty będziesz zimą chodził. Na pewno nie w tym garniturze, mój mąż musi być elegancki. Nie wymyślaj tylko siadaj. –  odpowiedziała mu szybko i zaczęła liczyć oczka. Kiedy skończyła i chwyciła za filiżankę rzekła – Pamiętasz jak się poznaliśmy, fajtłapo, jak przyjechałeś do mnie na oddział? I nie wzruszaj się już tak!
–  Jakże mógłbym nie pamiętać? I tylko nie fajtłapo, co ja poradzę, że tych Niemców było tam tak wielu, a ja tylko z pistoletem. Raczej byłem bohaterem. – odpowiedział z lekkim oburzeniem, wierząc dalej, że ta rozmowa jest jak każda inna przywołana z pamięci.
Bohaterem. Byłbyś martwym bohaterem, czyli głupim,  bo kto jeden pcha się na cały oddział. Dobrze, że był wtedy lekarz i cię poskładał. Miesiąc później wywieźli go do Auschwitz, nikt by cię wtedy nie uratował. – kontynuowała Maria – Już wtedy mi się spodobałeś, byłeś taki inny i dla podtrzymania własnego samopoczucia śpiewałeś sprośne piosenki. Wiedziałam wtedy, że to się tak szybko nie skończy. Spodobałeś mi się, oj spodobałeś.
–  Tak. Spodobałem. W sumie wiedziałaś co bierzesz. – zaśmiał się Pan Stanisław – Widziałaś mnie całego goluśkiego, nic przed tobą nie szło ukryć Mario. – prowadził dumnie konwersację, przy tym tak bardzo chciał, że by to była prawda. Dziś na prawdę jest inaczej niż zawszę. Tak realnie. Sweter robi się coraz piękniejszy, herbata już skończona. Ona patrzy na niego tym samym wzrokiem co kiedyś. On wie, on czuje, że ona patrzy na niego.

Tak wspominali jeszcze dłuższą chwilę. Pan Stanisław już przestał rozmyślać nad prawdziwością tych wydarzeń, a także nad tym czy nie zwariował do końca. Upajał się tymi momentami. Znowu poczuł motylki w brzuchu, nawet mu się jeść nie chciało, nie myślał o jedzeniu, nie proponował, chciał zatrzymać jak najdłużej chwilę. Nawet jak listonosz do drzwi dzwonił z emeryturą, to nie otwierał. Udawał, że nie słyszy. Maria pewnie tez udawała razem z nim. Siedzieli i patrzyli sobie w oczy. Czasem pokomentowali, nawet się lekko poprztykali na temat sensu wojny o miedzę pod Koluszkami, aby znów przypomnieć sobie stare przekupy. Wskazówki zegara pierwszy raz były tak miłosierne, leniwie przesuwały się po tarczy, tak, że te chwile szczęścia trwały jakby wiecznie. Jakby nigdy się nie skończyły i jakby nigdy nie musiały się zaczynać.
Razem obejrzeli Wiadomości, znowu razem przeżywali wydarzenia na świecie, którego już nie rozumieli. Maria głaskała go po dłoni, którą on nie chciał jej puścić, za żadne skarby, już nigdy.

Zaczęło się ściemniać. Zachodzące słońce rozproszyło na moment Pana Stanisława. Posmutniał. Wyszedł do toalety, zamknął się w niej by mieć chwilę samotności, by nie pokazać Marii, być może wyimaginowanej, że się martwi, że być może ona zaraz zniknie i on znowu zostanie sam. Siedział tam dłuższą chwilę, spoglądał w lustro. Dotykał swoją pomarszczoną twarz, dłonią przejechał po swoich siwych włosach, bardziej po tym co z nich zostało. Oczy miał przeszklone, tyle emocji, czuł swoje serce jak bije mocno, niczym dzwon. Kiedy tak siedział pełen strachu, zauważył, że od momentu wejścia w domu rozległa się cisza. Nie było słychać nikogo krzątającego się po kuchni, czy nawet liczącego oczka nowego swetra. Poczuł się znowu sam. Przeklną chwilę strachu, kiedy to musiał wyjść z głupoty własnej, by swojej żony, przywołanej z pamięci Marii nie zmartwić. Przypomniał sobie moment jak odeszła, jak obsunęła się na swoim fotelu, jak dzwonił po karetkę. Przypomniał sobie pogrzeb, przypomniał sobie jak wtedy padało, jakby cały świat płakał razem z nim za Marią. Przypomniał sobie chwile bólu, załamania, całe to życie „bez” stanęło mu przed oczami. Całe to życie, kiedy przestał dzielić z kimś swój los, swoją radość i smutki, swoje bohaterskie czyny i swoje głupotki. Przypomniał sobie jak to wszystko bolało. Przypomniał sobie w swojej starości, jak mógł się tak zapomnieć dzisiaj i tak dać ponieść swoim wszystkim pragnieniom. Cisza mu to wszystko przypomniała.
Posiedział jeszcze chwilkę. Później przetarł oczy zimną wodą, stwierdził, że pójdzie już spać. Najpierw chciał jednak posprzątać wszystko, chciał przywrócić ład i porządek swoim czterem ścianom, chciał położyć czysty obrus. Wyszedł z łazienki i zdębiał.

Świeży obrus już był na stole. Maria ciągle tam była. Wstała z fotela, podeszła i chwyciła go za dłonie.
Stasieńku, czemu tak długo tam byłeś, źle się czujesz? Czym się martwisz? – zapytała czule.
Jesteś. –  wydusił przez swoje zaciśnięte gardło nieprawdopodobne stwierdzenie. Ona była, ona trzymała go za ręce. Pomyślał, ze na prawdę musi źle się czuć. Że musi się położyć.
No jestem. A gdzie bym miała pójść mój drogi? –  odpowiedziała zdziwiona – Co się dzieje?
Źle się chyba czuję. Muszę się chyba położyć. – mówił ciągle przez zaciśnięte gardło. – Będziesz jutro? – zapytał jeszcze z niedowierzaniem.
Nie musisz się kłaść, usiądź tu ze mną, przytul się, będzie ci lepiej, Stasiu. A czy ja będę? Ja zawszę będę, nigdy Cię nie opuszczę, przecież wiesz. Ty wiesz…

Znicz na grobie Marii zgasł. Tym sposobem sąsiedzi znaleźli ciało pana Stanisława przy stole śniadaniowym. Leżał na nim tak, jakby zasnął, leżał tak, jakby miał nie zagiąć ani jednego rogu obrusu, leżał z przytulonym do siebie zdjęciem Marii, swojej żony, która odeszła przed nim tak wiele lat temu.

Podziel się:

Piotr Siwiński

Nieprzyzwoicie uprzejmy aluzjonista, kąśliwy romantyk w rogowych okularach, który rzucił palenie, chory na twórstwo wszelakie - nie szczędzi sobie niczego. Nie zaczepiać, nie pytać, nie deptać dywanów i trawników.

2 komentarzy do “„Ordinarius.””:

  1. hi-hot pisze:

    A juz myslalem, ze skonczy sie inaczej :P Ale podobalo mi sie :)

Machnij komentarzem.