Kategorie: film, Kultur(w)aTagi: , , bezpośrednik

Avatar

I see you.

Żejk Suli do martwego czegoś

Dwa dni zwlekałem z recenzją od obejrzenia w kinie kasowej produkcji mistrza Camerona (Aliens, Terminator, Titanic), stwierdziłem, że się dobrze przygotuje, podyskutuje, poczytam, przemyślę, by przyjąć to na chłodno i przemyśleć wiele wątków. W końcu nawet ktoś napisał z recenzentów, że czuł się tak samo jak oglądał pierwszy raz gwiezdne wojny. WOW! Oto więc krótka recenzja filmu o bohaterskim Żejku Suli (imię przekręcone specjalnie), który dzięki śmierci swojego brata mógł uratować tysiące członków klanów Na^vi, przed złymi ludziami z nieba.

Awatar – w hinduizmie wcielenie (inkarnacja) bóstwa, które zstępuje z nieba na ziemię w postaci śmiertelnej – ludzkiej, zwierzęcej lub hybrydalnej, w celu przywrócenia ładu na ziemi (dharma).

Wikipedia

Dawno, dawno temu… to nie tak. W przyszłości niejakiemu panu o imieniu Jake Sully zginie tragicznie brat. Skoro brat, to mają podobny kod genetyczny (ponoć – ja się nie znam), więc pan Jake Sully, były komandos na wózku, zostaje poproszony o zastąpienie brata w ważnym projekcie. Oczywiście godzi się, bo jakżeby inaczej, leci na planetę zwaną Pandorą, by właśnie tam wskoczyć w ciałko wyhodowanego, niebieskiego Na^vi, ludka z kosmosu, tubylca z plemienia, które mieszka w wielkim drzewie, będącym na złożach jakiegoś bardzo cennego materiału, po który przylecieliśmy my, ziemscy, źli terroryści. Oczywiście wchodzi on w ciało tegoż kosmity, bardzo podekscytowany jest światem i swoim ogonem, a przez swoją inteligencję komandosa gubi się trafiając na Neytiri, która prowadzi go do wioski niebieskich, trzymetrowych hindusów z akcentem afroamerykańskim. Tak to się zaczyna.

O filmie usłyszałem jakieś trzy miesiące przed premierą, był to news o zastosowanych zabezpieczeniach filmu, tak dotarłem do zwiastuna.

Zainteresował, nie ukrywam. Tak wtedy się dowiedziałem o rewelacyjnych efektach specjalnych. Im większy ekran tym lepiej film prezentował się wizualnie, a już na ogromnym ekranie plus okulary 3D wywarł piorunujące wrażenie. Choć jednak Na^vi nie porywali realizmem (uczucie jakbym widział kolejnego Shreka), to zmieszanie wszystkiego z krajobrazem dało niesamowitą mieszankę. W końcu reżyser czekał na odpowiedni sprzęt, który dokona cudów wizualnych, w tym miejscu także wielki pokłon dla grafików, za wspaniałe modele świata. Dzięki wizualnej orgii i dynamice film nie dłużył się ani minuty.

O muzyce tego samego powiedzieć jednak nie można. Powielanie, powielanie i jeszcze raz powielanie symfonicznych wstawek, w pewnych momentach nawet możemy przywołać myślami Titanica, wiadomo czyja to zasługa zapewne.

A co by było, gdyby nie fabuła? Hmmm, w moich oczach arcydzieło.
Fabuła strasznie przewidywalna. Co ciekawe sięgając do źródeł można zauważyć, że kultura niebieskich Na^vi bardzo zbliżona jest do hindusów, stąd ten cytat z Wikipedii. Nie tyle Na^vi co także same Avatary, nie wspominając już o boginiach, czy reinkarnacji. Nic nowego. Być może i tak, że ktoś dojdzie do tego, że hindusi przylecieli z kosmosu. W dodatku bardzo łatwo rozpoznać, że kluczowe niebieskie ludziki są grane przez obywateli Ameryki koloru czarnego. Zdradza ich akcent i sposób mówienia.
Skoro film był reklamowany jako rewolucja, to ja się jej nie dopatrzyłem  w samym scenariuszu. Wielki nacisk na widowisko, bez większej logiki. Przylatują źli ziemianie, w dodatku bezduszni komandosi, którzy chcą tylko negocjować poprzez przyłożenie pistoletu do głowy, mamy i dobrych tubylców, bardzo związanych ze swoją boginią i florą i fauną planety, którzy kochają drzewa, ujeżdżają ptaki i dziwne konie łącząc się z nimi więzią (trochę filią jakąś zaleciało), przez wyciętą ponoć scenę nie dowiedzieliśmy się jak oni „to” robią, choć wiedzmy, że na ziemi tylko ludzie i delfiny odczuwają przyjemność z „tego”, kosmici są tak podobni do nas, oh. Od momentu jak Żejk Suli dostaje się do wioski, wszystko zaczyna być bardzo przewidywalne, każda scena jest prostą i wiemy co nastąpi bezpośrednio po niej. Nie porywa i na pewno nie wnosi nic nowego, oprócz kolejnego dobrego zagrania marketingu. Są źli i dobrzy, po raz kolejny chodzi o pieniądze, środowisko naturalne i inne tematy polityczne na czasie.  Na szczęście są te efekty, dzięki którym nie myślimy za bardzo o fabule. Ale przez to, że efekty piorunujące w kinie rzadko się powtarzają, drugi raz na ten film bym nie poszedł, gdyż za bardzo skupiałbym się już na samym „rewolucyjnym” scenariuszu.

Jeżeli ktoś się nie nastawiał zgodnie z reklamami na tą produkcję, czy na coś rewolucyjnego pod względem akcji, to będzie zadowolony.

Polecam dla dobrej rozrywki w kinie i tylko w kinie, a najlepiej z okularami 3D na nosie.

A refleksja ogólna po filmie to: „Quo Vadis Sci-Fi?”

Podziel się:

Piotr Siwiński

Nieprzyzwoicie uprzejmy aluzjonista, kąśliwy romantyk w rogowych okularach, który rzucił palenie, chory na twórstwo wszelakie - nie szczędzi sobie niczego. Nie zaczepiać, nie pytać, nie deptać dywanów i trawników.

4 komentarzy do “Avatar”:

  1. Ola pisze:

    Piotruś, szykuj się ma być kolejna część ^^

    • [panSTOJEDEN] pisze:

      I tak do porzygania… ;) Nie wiem, czy to będzie kolejna Saga, czy co… w USA już się malują na niebiesko, co to będzie po części drugiej? Zamontują sobie USB do warkoczyków?

  2. Tisaja pisze:

    Dokładnie tak…:) Fabula? Ziemianie to debile nie rozumiejący i nastawieni na zysk + jakaś miłość … Fabuła zerowa…efekty? Cóż.. urzekające, ba powiedziałabym całkiem nowy wymiar kina się otwiera…3D mnie pochłonęło…:)

  3. olek pisze:

    fabuła przypomniała mi moją ulubioną bajkę z dzieciństwa – taka Pocahontas w trochę innej rzeczywistości dla tej samej publiki po latach:D

Machnij komentarzem.