Kategorie: MyślTagi: , , bezpośrednik

Jak się skutecznie truć na filozofa

Od dawna przymierzałem się do usystematyzowania wiedzy, która co prawda wydaje mi się oczywista, jednakże przekazywana tylko za przeproszeniem ustnie, pozostawia pole do nadinterpretacji, ulega często nieprzewidywalnym mutacjom i często prowadza się w towarzystwie swojego dobrego kumpla – gigantycznego kaca mordercę a wraz z nim zawsze pojawiają się problemy wprawiające w osłupienie każdego dociekliwego gastroentorologa z żyłką odkrywcy.

Każdy chyba doświadczył kiedyś wrażenia i chodzi mi tu raczej o okres w ramach pierwszych dwudziestu czterech godzin od momentu rozpoczęcia syndromu dnia następnego a dokładniej w schyłkowej fazie wspomnianego kaca mordercy, kiedy świat na powrót wydaje się być piękny. Ba! Powiem więcej, wydaje się być piękniejszy! Otóż w tej fazie właśnie, czy nie nachodziła choć jednej osoby, konkluzja, że są alkohole, które wyzwalają w człowieku ukryty potencjał filozoficzny?
Mnie nie raz nachodziła. Pominę krótko już może fakt, że ze mnie taki raczej słaby amator fermentów, kompocików nie pierwszej świeżości, soczków owocowych, destylatów przejrzystych i różnych innych balsamów, że względnie często zdarza mi się przekładać z lodówki alkohole kupione z okazji jej nabycia (bo nie da się ukryć, że nowa lodówka z rzędem chłodzących się alkoholi wygląda naprawdę „pro” i żurnalowo) do drugiej lodówki, bo ta pierwsza dokonała swego długiego żywota. Zdarza mi się tak często jak często zdarza się zmieniać lodówki!
Wracając zaś do konkluzji, poniżej postaram się zaprezentować osobisty ranking będący jednocześnie próbą uporządkowania (i dania czegoś od siebie potomnym) mojego małego światka alkoholowego poukładanego malejąco według możliwości budzenia wewnętrznego filozofa.

Zaczęło się jak zwykle niewinnie, od koleżanki, która z Czech przywiozła specjalnie zakazaną u nas w sprzedaży la Fée Verte, romantyczną Zieloną Wróżkę czyli absynt. Jak szaleć to szaleć! Wiadomo! Bohema dostawała od tego świra, ja także pchany autodestrukcją do nieuchronnego upadku i poczucia zbliżającego się fin de siècle (chociaż nieco spóźnionego, bo było grubo po roku 2001) musiałem spróbować. Odpędzając jednocześnie od siebie natrętną myśl, że to nie może być to samo i to na pewno nie ta sama receptura co kiedyś przed wojną (pierwszą, światową!). Przesączałem zielony napój przez kostkę cukru. Jeżeli ktoś lubi anyżówkę, to słodka Zielona Wróżka nie wyda się ochydną starą zieloną maszkarą, na której sam widok dostaje się marskości wątroby.

Ach jakże się przy tym pięknie filozofowało! Otóż zaczynając od kosmologii, potykając się lekko o kosmogonię oraz zataczając coraz to większe keplerowskie elipsy miękko wylądowałem w ulubionych tematach religijnych z których wystrzelony grawitacyjną procą newtonowskiego ciążenia, przeleciałem krzywą balistyczną nad paradoksem bliźniąt i pochyliłem się niemalże tracąc równowagę nad einsteinowską teorią względności, choć z powodu problemów ze wzrokiem łatwiej było pochylać się nad tą ogólną. Unikając studni grawitacyjnej czarnej dziury czychającej gdzieś pod stołem, ległem w końcu zmarnowany na dobrze odizolowanym pudle z ledwo żywym kotem Schrödingera na którym (pudle, nie Schrödingerze) zgodnie z interpretacją kopenhaską, przez nikogo nie niepokojona rozmyła się moja funkcja falowa.
Wcale się nie dziwię, że bohema się tym truła a jeszcze mniej dziwi mnie fakt, że w niektórych państwach sprzedaż tego została zakazana. Tak proszę Państwa mamy czego zazdrościć Czechom i nie są to knedliczki!

Następny w rankingu genialnych wynalazków ludzkości, zaraz po startujących w innych konkurencjach kawie i czekoladzie jeeeest! Ta dam! Znienawidzony przez niemalże wszystkich, za to ukochany przez świrów lubiących sączyć absynt – Gin!
Alkohol onegdaj uznawany za rozrywkowy napój najniższych sfer pozwala udać się w najwyższe sfery kosmosu i posłuchać ich odwiecznej symfonii.Co ważne! Cały czas nie tracąc dobrego humoru a wręcz nawet zyskując przychylniejsze spojrzenie na świat. Przy okazji odświeżający cytryną, lodem i tonikiem nie ciąży jak przykurzony już cokolwiek absynt. Gin działa podobnie do wyżej wymienionego a jednak inaczej. O ile boski napój cyganerii włącza filozofa bezwględnego, coś w guście jakiegoś radykalnego Niemca pokroju Nietzschego. To po Ginie niczego takiego nie było dane mi doświadczyć. Po prostu radosna strona życia domorosłego filozofa i z lekką nutką dekadencji.

Na końcu tego krótkiego rankingu znajduje się wermut. Przez niektórych traktowany tak samo po macoszemu jak dwa wyżej wymienione. Powiem więcej! Niektórzy o ile są jeszcze w stanie usta zamoczyć w pierwszym czy w drugim to w wermut za Chiny Ludowe nawet końca kija nie wetkną! W sumie to się często tej awersyjnej reakcji nie dziwię. Nie chodzi nawet tyle o smak co o zdradliwość wermutów. Fakt że jest to zgoła inny rodzaj alkoholi ma wiele do rzeczy. O ile gin czy absynt więcej mają wspólnego z wysokoprocentowymi destylatami to wermut jest winem, które często potrafi z niewyjaśnionych przyczyn pokazać swoją kapryśną kacogenną naturę. Mało tego, wermut nie dosyć, że potrafi powołać do życia wewnętrznego uśpionego filozofa to niczym Bóg, który powiedział „Nietzche nie żyje”, potrafi go, posługując się metodą wczesnoporonną wręcz zabić! Efekty filozoficzne zaś bywają różne i równie jak sam trunek kapryśne, chociaż często pokazuje swoją łaskawość to jednak jak w przypadku każdego dyktatora – tyrana nigdy nic nie wiadomo. I często sama radość obcowania z wermutem sprowadza się właściwie do podobnej pointy jak w kawale z długą brodą o Stalinie, którego dobro ilustrowała radziecka telewizja gdy do Towarzysza podszeł jakiś dzieciak proszący o cukierka otrzymał odpowiedź – „sp……aj sku…….ie”. Co komentator radzieckiej telewizji z uśmiechem krótko skomentował: „a mógł zabić”.

No dobrze, to teraz jako podsumowanie część (pseudo)naukowa i merytoryczna, którą każdy kto jeszcze snem słodkim niezmożony nie obślinił klawiatury, może pominąć i udać się do najbliższego monopolowego. Ciekawą cechą wszystkich (aż trzech) wymienionych tu alkoholi jest użycie w ich produkcji między innymi dwóch roślin. Przede wszystkim bylicy piołunu (Absynt i Wermut) oraz jałowca w Ginie. Zaś jedyną substancją, która jest wspólna dla obu tych roślin jest tujon. Którym bohema wytruła się doszczętnie, kończąc jedną epokę zaś w jałowcówce degradował jeszcze bardziej tych, którzy w mniemaniu wyższych warstw społecznych wydawali się być zdegradowani totalnie. Ale jeżeli małe jego ilości otwierają czasami szerzej otumanione życiem doczesnym umysły to chyba warto spróbować od czasu do czasu chociaż szturchnąć swojego uśpionego wewnętrznego filozofa – może się obudzi.

 

P.S.

Powyższa lista jest oczywiście otwarta, jeżeli ktoś z czytelników wytrwałych by dotrzeć do jej końca ma sugestie dotyczące rozszerzenia listy o jakieś znane sobie napoje wyskokowe działające w podobny sposób to chętnie spróbuję! Autor i reszta ludzkości będzie dozgonnie wdzięczna!

Podziel się:

lucidmordent

Pole z formularza, które właśnie wypełniam, działa na mnie zbyt onieśmielająco zwłaszcza wobec ciągle niepokojąco wybłyskującej jak światełka na kontrowersyjnej linii przesyłowej Kromolice-Plewiska, świadomości, że jest się ciągle za młodym na pisanie ekhm... biografii. Biografii zatem nie będzie, napiszę ją po śmierci albo nawet lepiej, niech ktoś inny ją napisze. W razie gdyby bio okazało się zbyt szare na rzeczywistość w HD Ready, ma moją permisję do koloryzowania a nawet zmyślania anegdot i naciągania faktów! Po śmierci wszak d#@a nie rządzi a inni też niech sobie zarobią na trupie! Taki jestem skromny - a co!

komentarz do “Jak się skutecznie truć na filozofa”:

  1. ciri pisze:

    Wybornie! Z każdym przeczytanym zdaniem przeszłość wracała wielkimi krokami. Otóż wszystkich powyższych trunków próbowałam, ba! nie raz nawet i nie dwa. I tak zastanawiałam się czy obudziły we mnie owego ducha filozofa czy też nie. Z natury nie przepadam za filozoficznymi wywodami, ale każdy chyba wie (a przynajmniej każdy porządny Polak), że po napojach wysokoprocentowych zawsze coś się odblokowuje. Zatem… absynt filozofa nie poruszył, ale może dlatego, że nigdy nie było okazji wypić więcej niż troszkę. Za to gin swoją robotę odwalił wprost w mistrzowski sposób :) Jedyne co na drugi dzień zostaje po nim, to posmak jakby się drzewo lizało całą noc, ale to może wynika z tego, że za dużo się go wypiło. Co do ‚dyktatorskiego’ wermuta, to muszę się zgodzić, że niby takie nic, a jednak efekty przynosi – również te filozoficzne.
    Może dodałabym jeszcze whiskey, która to generalnie nie lubiana jakoś szczególnie przez kobiety, a od czasu do czasu przez nie pita, i tylko i wyłącznie w babskim gronie przynosi efekty filozoficzne wręcz znakomite! Choć część takiego działania zwaliłabym po prostu na babską ‚naturę’.
    Dziękuję :)

Machnij komentarzem.