Bławatek.

Kiedy przyjdziesz, zapukasz.
Zrobisz to cicho, wraz ze swoją wrodzoną czułością i delikatnością, której tak wielu nienawidzi. Zapukasz, poczekasz, aż drzwi się uchylą.
Otworzę, usłyszę i otworzę.
Będziesz miała łzy w oczach i stać będziesz bez ruchu, czekając jakby na pozwolenie, stać będziesz chwilę, potem wejdziesz i przywitasz. Bez słowa, bez zbędnych gestów, przywitasz i wejdziesz dalej.
Tam będą stały kawa i herbata na stole. Herbata jaką lubisz, różana, w filiżance z pękniętym uchem, co wspomnienia tylko przywołuje, a słuchać już nie potrafi. Obok filiżanki łyżeczka, czekająca na twoją delikatną dłoń i cukiernica.
Kiedy przyjdziesz, ja zdejmę ci płaszczyk i powieszę na kołku, podejdę delikatnie i poprowadzę do miejsca w którym usiądziesz, poczujesz znowu jak u siebie. Nic nie będę przynosił, gdyż wszystko już gotowe.
Spojrzę na ciebie.
Ty spojrzysz na mnie.
Kiedy przyjdziesz, ten stary zegar co zatrzymywał się wiele razy, te lata temu, znów się zatrzyma, pozwoli zapomnieć, po raz kolejny, pozwoli zbliżyć, dotknąć, da czas na otarcie łez.
Ja nie będę pamiętał.
Ty będziesz zapominać.
I już na tę chwilę, chwileczkę, utopimy naszą namiętność w ustach, nie będziesz siedzieć i czuć znowu jak u siebie, gdyż jesteś w domu, kiedy przyjdziesz. Słońce zajdzie w swojej krwistości, a my, jedno, zamkniemy kolejny rozdział niepamiętnej historii.
Kiedy przyjdziesz, będzie lato, zapach bzu, koszonej trawy i twojej skóry uspokoją nerwy a dreszcze już nie z lęku, tylko z naszych ciał wypływać będą. Wszystko się zmieni, kiedy przyjdziesz.

Za oknem burza.
Prąd, ktoś o nim już dawno zapomniał. Herbata zimna już, kawa wylana, na cukiernicy pajęczyna, pająka, co już przestał tu zaglądać.
Dreszcz.
Ściana zimna, z plamą po kawie na swojej szarej sukni, ręce wyciąga.

Kiedy przyjdziesz?

Utwór.

Czas na ciszę nastał, w pogrobowym stylu, o stylu którym żadna, dzisiejsza modna, gazeta nie napisze. Nastała noc, ciemna tak bardzo, że państwo zapaliło światło by cokolwiek zobaczyć, choć państwo oglądać się nie lubi.

Ćma lata przy żarówce. ĆMA, co na wierszu usiadła, skrupulatnie składając skrzydła, jakby czytać chciała. Teraz lata, wiersz się nie podobał.

Nastaje spokój telewizyjnego szumu, w pięciu oknach taki sam, w trzech innych trochę się różni, w jednym państwo pali smaczne papierosy i pije smaczną wódkę, smaczną tylko przez chwilę, której i tak nikt już po ciszy, nocy i spokoju pamiętać nie będzie.

Bohater stoi, bohater patrzy, bohater czeka, oczekuje… na wyciągnięcie ręki…

Wyzwolony.

Pobudki nigdy nie sprzyjały. Ciągle od wielu lat te same czynności: spojrzenie na zegarek, przypomnienie sobie dlaczego wokół taki burdel, ogólna niechęć istnienia i nasunięcie spowrotem kołdry na głowę. Słoneczko, sadysta, kuje w oczy, mówi coś swoim aroganckim szeptem, coś że pora już wstać. Absurd, jak jest, to robie mu na złość do póki nie zacznie wręcz krzyczeć i ze złości chować się za chmurami, a jak go nie ma, to robie na złość sobie i też nie wstaje. Choć niby powinienem. Obowiązki, kurwa mać, puścić pawia, spuścić wodę i zapomnieć.

Każdy poranek, przez trzy sekundy umysł wyzwolony. Te sekundy są tak cenne, że mijają strasznie szybko, jakby były swoimi własnymi setnymi, lub innymi pierdołami wykładanymi na lekcjach matematyki, lub będącymi powodem wyżywania się i pastwienia nauczyciela w-fu. Po tych cennych i niespotykanych sekundach, rozpoczyna się życie, powracają myśli z ostatnich dni, wydarzenia których nie chcemy pamiętać i myśl o dniu który nadszedł. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że wydarzenia zlewają mi się w głowie i nie wiem dokładnie co działo się i z kim wczoraj, a co kilka dni wcześniej.

Każdego ranka wraca, nie tylko dzień poprzedni, ale i zapach, jest na mnie, na poduszce, kołdrze, na moich dłoniach i powiekach, zapach za którym tęsknie, zapach z którym kładę się spać przywołując wspomnienia, aby śniły się piękne koszmary. Zapach, z którym się budzę, za którym tęsknie… tęsknie…

Ponad.

Leżałem na łóżku, oświetlony żarówką niemego telewizora. Była noc, one są takie monotematyczne, tak jakby media same nakazywały nam, co mamy teraz robić. Seks, seks, seks, seks, jakiś ksiądz, seks, seks. Jakaś perwersja, jeszcze tyle osób na raz nie pragnęło ze mną zbliżenia, pomijając oczywiście jakiegoś księdza, prowadzącego pewnie refleksje na temat wydarzeń dnia dzisiejszego. Powinienem się ucieszyć, tak nakazuje telewizor. Wcisnąłem guzik. Jedyne zbliżenie odbyło się w stronę sufitu, gdzie oczy same uniosły się ku górze, wskazując ironię myśli. Tylko wskazujące dla kogo, przecież dzisiaj publiczności nie było. Nie przyszła. Pewnie i tak bym ich nie zauważył. Za oknem co jakiś czas rozpoczynało się życie i kończyło się równie szybko z głuchym odgłosem butelki, śmietnika lub głowy jakiegoś pechowca. Smutne.

Kolejne zbliżenie z sufitem.

Rzut okiem na codzienność, pustka w głowie, niebywale taka niepodległa i niesamowicie wolna. Papiery na podłodze, drzwi skrzypiące denerwujące melodie i dywan pamiętający dziwne czasy dobrobytu nakazanego przez telewizor karmiony jednym, jedynym programem. Rachunek sumienia nie był potrzebny, bo po co? Przyswajanie treści, napawanie się muzyką, stary film po raz dziesiąty w życiu, paczka papierosów z dymem, szklanka wódki. Ot ambitna bezpłodność dnia. Niby w takich momentach, jak nakazują psychologowie, powinienem się uśmiechnąć, niedopuszczając do siebie destrukcyjnych myśli.

Kolejnego zbliżenia z sufitem nie było… zamknąłem oczy.