Kategorie: film, MyślTagi: , , , bezpośrednik

Sala Samobójców wytrawnie…

Sala Samobójców wytrawnie…

Ile można wyciągnąć z filmu obżerając się naczosami z sosem serowym w kinie?
Okazuje się, że niewiele. Siedzimy w fotelu, chrupiemy i spodziewamy się nie wiadomo czego od filmu za który, aby być jednym z pierwszych zapłaciliśmy niebotyczną cenę i wytrzymujemy zepsutą klimatyzację, pocącego się nadmiernie człowieka w fotelu obok, bekającego bachorka w fotelu nad nami i wzdychającą, przewrażliwioną niewiastę przed nami, która wierci się, gdyż chipsy z poprzedniego seansu wbijają się w jej szlachetność, która w tym przypadku szlachetnością za bardzo nie jest. Normalnie 5d i nie wiadomo za co się chwycić.

Idąc ze skrajności w skrajność i o dziwadła nie opisując (na szczęście) jeszcze tejże hitowej produkcji na łamach NN, stwierdziłem, że wyciągać można z filmu inaczej, lepiej, mocniej, za pomocą trunków wytrawnych (rozjaśniają umysł, poszerzają horyzonty, dodają animuszu i pieprzonej potrzeby zastanawiania się nad wszystkim). A o tejże produkcji wspomnieć warto, aby przestrzec po cichu lub nieprzyzwoicie zachęcić do przeżycia ciężkich chwil z … Salą Samobójców.

O filmie co można było napisać już napisano i kto miał zobaczyć to pewnie widział i wyciągnął wnioski – lepsze lub gorsze dla produkcji. O dziwo całkiem niedawno miałem okazje zobaczyć ten wybryk filmowy, którym rok temu szczyciła się cała komercyjna telewizja, na spokojnie, bez rozproszeń wołających o… sami wiecie już o co. Jak za pierwszym razem podekscytowany tylko grą aktorską i niczym innym, to teraz chyba udało mi się wyciągnąć trochę więcej i przy okazji zatrudnić mózg do wysiłku.

Śledząc opisy i opinie innych ludzi w internecie, wyszło na to, że główny bohater, Dominik (Jakub Gierszał) to nikt inny jak tylko gwiazda wszystkich dojrzewających emo, którzy podobno planują zakończyć ten proces wycinając sobie sznyt w kształcie penisa na sercu wykrwawiając się przy tym na śmierć. Dodatkowo można dojść do wniosku, że nasz cudaczek, jest chorym wrzodem w naszym wspaniałym i nieskalanym społeczeństwie stworzonym i zaropiałym przez internet.

Wniosek jest jeden.

Film oglądali normalni ludzie i nad wyraz smutni ludzie, którzy mocno, prawdopodobnie przez swoje negatywne doświadczenia w otoczeniu, identyfikowali się z naszym bohaterem.

Ale czy ten film był adresowany do nich… do nas?

Nie wydaje mi się. A to dlatego, że adresatem był i jest człowiek pokroju rodziców bohatera, którzy tak na prawdę są podmiotem w tym trzaśniętym zdaniu i to oni grają tutaj pierwsze skrzypce i główne role. Gdyż patrząc na nich właśnie, tryb życia – nie będziemy czepiać się wykonywanych zawodów – czas poświęcany sobie i dziecku .. pff .. dorosłemu już facetowi, możemy zauważyć efekt końcowy, ostatnią już fazę na taśmie produkcyjnej zwanej wychowanie. I to w tej produkcji jest genialne właśnie.

Co może być jednak najgorsze w tym wszystkim?
Że adresaci tego filmu nie widzieli, bo o ironio, nie mieli czasu, lub stwierdzili, że w ich zagmatwanym życiu nie ma czasu na smutne i przejmujące filmy polskie z jak zwykle kiepskimi efektami specjalnymi, mimo tego, że dużo lepszymi od pamiętnej sceny ze smokiem w naszej ekranizacji Wiedźmina.

Jednym z błędów jaki można wytknąć temu filmu to to, że ma się wrażenie, że widziały go głównie takie dzieciaki z takimi problemami jakie miał nasz cudowny bożyszcze emoludów. Niestety, na pewno żadnej nadziei i rozwiązania dla swoich problemów nie znaleźli. Chyba, że jedynym jest związanie rodziców, posadzenie na kanapie i puszczenie filmu w momencie kiedy powiedzą, że nie rozumieją swojego dziecka, lub będą chcieli zadzwonić po psychologa. W filmie za jednym zamachem udało się zamieścić wiele elementów demoralizacji na raz.

Przy okazji mogę stwierdzić, że za moich czasów były lepsze imprezy nikt nie miał potrzeby na pozowanie do aparatów w telefonach komórkowych (może dlatego, że ich wtedy nie było). Nikt przy okazji sobie krzywdy nie robił.

Dobrym tematem jest też sama masarnia czyli tytułowa Sala Samobójców. Grupa wsparcia dla chcących skończyć szybciej zajęcia na ziemi, a tak na prawdę nigdy tego nie zrobią, a co lepsze szybko i cudownie zdrowieją w momencie kiedy jeden z nich, nie mogąc się poskładać do przysłowiowej kupy, targnie się na życie. A wrażenie można mieć takie, że to porąbani sadyści, którzy tylko czekają aż ktoś pierwszy zrobi sobie kuku, robiąc przy tym festiwal filmowy z różnymi samobójstwami w roli głównej… Eh.

Wniosek jest taki, że temat ciekawy, ale nie trafia do adresatów, gdyż prawdopodobnie adresaci nie chcą przyjąć wiadomości, bądź nie mogą. My możemy patrzeć na to i dyskutować godzinami o tragedii ludzkiej, bądź filmowej, a smutne dzieci w kruczoczarnych grzywkach dostawać orgazmów na myśl cięcia się wspólnie z Dominikiem. I świat kręci się dalej.

Rodzice, kochajcie swoje dzieci, nie dawajcie się zastępować gadżetami i bądźcie czujni w miłości zawsze większej od waszej pracy i zajęć dodatkowych.

Kinomaniacy, warto kiedyś, przynajmniej raz, wrócić do filmu, przeżyć jakoś tą tragedię, by dowiedzieć się, lub przypomnieć sobie, jak słabe może być nasze kino czasami, bądź popaść w zadumę i starać się odkryć drugie dno, albo że każdy film, dosłownie każdy, trzeba obejrzeć przynajmniej dwa razy – szczególnie kiedy pierwszy raz był w kinie.

Oczywiście jakby kto chciał kupić film, bo na internetowe VODy jeszcze sporo poczekamy, to może to zrobić tutaj.

A na koniec…

Podziel się:

Piotr Siwiński

Nieprzyzwoicie uprzejmy aluzjonista, kąśliwy romantyk w rogowych okularach, który rzucił palenie, chory na twórstwo wszelakie - nie szczędzi sobie niczego. Nie zaczepiać, nie pytać, nie deptać dywanów i trawników.

komentarz do “Sala Samobójców wytrawnie…”:

  1. lucidmordent pisze:

    To „ruch” Emo jeszcze istnieje? Nie wymarło jak nieszczęsny nielot Emu czarne? Przyznam się szczerze, wyszedłem z kina po 30% czasu trwania filmu, wiem – zapłaciłem za więcej, lecz czas mój jest cenniejszy niż bilet na seansisko. Wyszło szydło z worka, kajam się i proszę o wybaczenie tych co to dla przykładu, za ostatni grosz wesprą Polski andergołnd kinematografii bez namysłu kupując bilety na byle Polski film. Po prostu z Emocji nie dałem rady. Przyznam się bez bicia do czegoś gorszego nawet! Nie byłem ani sekundy na innym wybitnym i głośnym Polskim arcydziele, mało tego nie powąchałem nawet zapachu palonej kukurydzy, że nie wspomnę autolitościwie o niewydaniu nań złamanego grosza. A teraz ten Kac moralnie pulsujący i tylko cud i szczęśliwe zrządzenie, że nie mieszkam w stolicy. Spaliłbym się ze wstydu za moje miasto! Miało być jak zwykle pompatycznie, tragicznie a potem śmiesznie a wyszło pompatycznie i na odwrót.
    Na swoje usprawiedliwienie dodam tylko, że na „Bitiwie o ziemię” spędziłem nawet mniej czasu i to nastawiając się wyłącznie na efekty specjalnie. Okazały się niespecjalne. I może jeszcze, że nie odbiegam od tutejszej średniej: nasze jest do dµpy ale ichniejsze było do dµpy Hitlera! Doskonale rozumiem Maciusia! Ech…

Machnij komentarzem.