Kategorie: filmTagi: , , , bezpośrednik

Saga Zmierzch: Przed świtem (cz. I)

Tą historię na pewno wymyśliły wampiry, aby kobiety się ich nie bały a przez to byłyby łatwiej posysane…

Ja

No cholera, coś się stało wreszcie. Trup słania się co pięć minut, w upiornym zamczysku mieszkają krwiopijcy i zalewają się litrami krwi. Edward nie wytrzymał, rzucił Belle i jej odwieczny brak wyrazu, aby cieszyć się krwią i flakami kurtyzan z Seattle. Bella pocięła się żyletkami a jej wnętrzności wyjadł piesek Jacob, który po tym wszystkim przybił piątkę Edwardowi i dołączył do jego burdelowych eskapad. Były cycki! Pół filmu było słychać krzyk na sali kinowej, ktoś nawet zwymiotował.

Aż boję się pomyśleć co będzie w drugiej części…

Taaaaa…. fajnie by było, no nie? Niestety, muszę rozczarować tych co nie oglądali a się podjarali wstępem i dodać delikatne – niedoczekanie wasze – o!

Nazwisko reżysera, Bill Condon, jak widać w tej pierwszej części ostatniej części, mocno zobowiązuje. Siedząc w sali kinowej i widząc pierwsze sceny, z grzeczności zapytałem o reżysera. Niestety się nie dowiedziałem w trakcie seansu, gdyż wyprzedzając wszystkich złośliwych co będą coś chcieli wspomnieć o moim przygotowaniu do filmu, nie przygotowuje się i już, by się nie nastawiać. A nastawiony byłem częścią trzecią i lekko zacierałem ręce z nadziej, że klimatem będzie podobna do poprzedniej a może nawet lepsza…

– Kim do cholery jest Bill Condon?

Tak, mogłem się jednak i w ten sposób nie nastawiać, gdyż zawiedziony byłem bardzo. Wróciły kolory, landrynki, mandarynki, słodycz, przez co jakoś nie mogłem się wczuć w tragiczną ciążę Belli, a liczyłem, że z przejęciem dostanę chociaż urojonej, jak połowa szesnastoletnich odbiorców siedzących w kinie, zjadających w skupieniu popcorn wraz z kartonikiem.

Bill Condon, reżyser ostatnich poczynań kolorowych i świecących w świetle dnia pattisonków, zasłynął w wielkim kinie … niczym. No może, udaną historią mojego ulubionego seksuologa, Alfreda Kinsey’a, oraz scenariuszem do filmów Chicago i F/X 2. Tak, miał w dorobku także horror, drugą część tragicznej historii Candymana z 1995 roku, czego jednak nie widać w nowej części mormońskich opowieści o wampirach.

– Mój Boże, ona się uśmiecha! Eeeee, zdawało mi się…

Ślub, tak się zaczyna cała historia pierwszej części ostatniej części Sagi. Czuć, że to ostatnia część, gdyż właśnie ślubami się to wszystko zawsze kończy. Ona się stresuje, a on nie jest święty, no trudno by wampir był święty. Tak, przed ślubem dowiadujemy się, że nasz Edward ma trochę za uszami, kiedy zaczyna o tym mówić, w mojej głowie roztaczam krwawe wizje pełne morderstw, flaków i seksu. Ale niestety, On kontynuuje, co bym sobie za dużo nie wyobrażał, czyli przyznaje się, że posysał sobie niewinnych morderców, gwałcicieli i złodziei. Oooo, jakie to szlachetne z jego strony. Ona go rozgrzesza i jest dalej słodko i tulaśnie (sic!). Przy okazji jej strach przekłada się na sny, a raczej jeden mały, krwawy koszmarek. Co w pewnym sensie rysuje mój uśmiech na ustach, ale bez większych ekscesów, gdyż nawet ta brutalna i krwawa wizja przedstawiona jest w pięknych i uroczych kolorach. A mogło być tak pięknie.

No i jest ślub, no i upojeni szampanem goście składają życzenia, no i wilczek zazdrosny, mało zadymy nie zrobił na weselu, gdyż obruszył się faktem, że przez miesiąc miodowy Ona zostanie jeszcze sobą. Dlaczego się obruszył z tego powodu skoro był wielkim przeciwnikiem wampirycznej przyszłości Belli? Ano dlatego, gdyż Edziu jest buhajem, a seks z nim i jego nadludzką siłą to istne sado-maso! Jego orgazm zabija, a jak nie zabija to obija i siniaczy. Niestety para nie miała przygotowania przedmałżeńskiego, a nawet nie zastosowała się do wskazówek jakich im udzieliłem w recenzji poprzedniej części, a mianowicie comiesięcznych ćwiczeń z tamponem… Zamiast się rozstawać, wracać, rozstawać wracać i siedzieć na krześle trzy pory roku patrząc się w okno. No cóż. Życie z chodzącym trupem, świecącym w jasnościach nie jest usłane różami. Ale widać, że naszej emo-dziewczynce się to zbliżenie bardzo spodobało.

Przerwa na seks. Niepełnoletnich prosimy o przejście do następnego akapitu (a znając życie i tak to przeczytacie)!

Scena zbliżenia w wersji kinowej została ocenzurowana. Tak! Gdyż była zbyt namiętna by dać kategorię wiekową +12. Cycków nie było, za to Bella pokazała nagie… plecy. Panowie, lat szesnaście, którzy przyszli specjalnie na seans, aby zobaczyć to wydarzenie, niestety byli bardzo zawiedzeni i musieli się dalej zadowalać swoją domową kolekcją. No cóż. Jednak scena ta, była bardzo edukacyjna, gdyż męska część widowni zobaczyła co dzieje się z kobietą, która mówi przed kulminacją: muszę iść do łazienki. Nie napiszę tego, gdyż zepsułbym całą zabawę oglądania filmu.
Kiedy już dochodzi do namiętności, On łamie ramę łóżka, a Ona… się uśmiecha. Tak… Ona się uśmiecha i tak przez ok. 8 minut. Osiem minut na całą Sagę razi w oczy i zapada w pamięć, jednocześnie rozdziawiając szeroko gębę widza. Po ośmiu minutach wracamy do tragedii. On mówi, że ją posiniaczył, ona mówi, że ma to w dupie i chce jeszcze. On nie chce, Ona prosi, On nie chce, Ona płacze, On nie chce i to robi… Żeby kobieta musiała prosić faceta? Halo? I to wampira? No dobra, pattisonka! Oj kiepsko. Ale jeżeli w tej interpretacji wampirzy orgazm = totalna demolka, to aż zastanawiam się co by było, gdyby oboje byli pattisonkami.

Owocem tychże zbliżeń sztuk dwie… jest ciąża!

– Cholera jasna, pierwsza część ostatniej części, a w niej pierwszy uśmiech Belli, kobieta pierwsza musi uwodzić wampira, pierwsza ciąża z wampirem i pierwsze wpojenie – wszystko pierwsze…

No właśnie. Według legendy, oprócz słynnej the cold one chuci, wampiry nie mogą mieć dzieci. Uzasadnione, skoro bzykają na lewo i prawo posysając przy tym dotkliwie niewiasty. Tutaj jednak, jak w całości serii, legenda została zgwałcona dotkliwie, pattisonki nie mają chuci i potrafią zapładniać. – Aaaaaa moje oczy! – No coż, trzeba przywyknąć.

Ciąża równa się tragedia. Więc już dalej tylko widzimy smutek, anoreksję, trochę krwi, gadające psy, rozrywające się ubrania – które wracają z powrotem do swojego stanu po przemianie w człowieka, samców alfa, samców beta, samców l’casei defensis, więzi rodzinne, więzi prenatalne, odejścia, przyjścia, smutek, smutek, smutek, chwile smutku i jeszcze raz smutek, oczekiwanie na niewiadome i wpojenie Jacoba – które może teraz stać się żelaznym argumentem dla pedofili na ławie oskarżonych – Wysoki sądzie, zostałem wpojony. No i przeobrażenie Belli w produkt finalny ugryzienia, czyli w wampir…. pattisonka. Były dwie sceny kiedy ciary mi przeszły po plecach, ot takie wzniosłe momenty, które cenię, a żeby nie psuć zabawy nie opiszę…

Muzyka? Jaka muzyka? Muzyki nie widać i nie słychać wcale. Jest, na pewno jest, w końcu soundtrack ma piętnaście kawałków w wersji podstawowej. Jedyne co się w uszy rzuciło to dźwięki z napisów końcowych. O proszę:

Efekty specjalne, normalne, nic nowego, taki jest koszt niestety czwartej już części, w której oglądając tych samych bohaterów, niczym już nie zostaniemy zaskoczeni, no chyba, że efektem przemiany Belli – rewelacja!

Oprócz lukrecji na ekranie i dłużyzn, ważnych dla fabuły i fanów, nie było niczego więcej do czego można byłoby się przyczepić.

System wartości!

Żarty na bok.
Jak wspomniałem o wartościach w poprzedniej części, tak i teraz zostaliśmy nimi zbombardowani w pozytywnym tego słowa znaczeniu (a jest pozytywne znaczenie słowa zbombardowani?). Oprócz motywu z seksem przedmałżeńskim, mamy troskę mężczyzny (w końcu ją pobił, gdyż jest jaki jest – zimny drań) przed wyrządzeniem krzywdy swojej wybrańce i cud macierzyństwa. Ciąża w przypadku naszych bohaterów, oprócz tego że jest czymś niespotykanym, jest wielkim zagrożeniem dla życia matki. Wszyscy są mocno przejęci tym faktem i na początku chcą usunąć owoc mieszanej miłości. Wszyscy? Wszyscy oprócz Belli, która ma pełną świadomość zagrożenia i tego, że może umrzeć. Jednak chce urodzić i dba o to, by nic się dziecku nie stało (nawet popija sobie krew), mimo tego, że wie jakim potworem jest to dziecko i co wyczynia w jej łonie. Chce urodzić mimo namowy męża, przyjaciela, teścia lekarza.

Postawa tutaj prezentowana jest niestety na świecie czymś rzadkim a zarazem najcudowniejszym. Kiedy matka oddaje swoje życie za jeszcze nienarodzone dziecko. W końcu owocem małżeństwa ma być nowe życie, które trzeba chronić za wszelką cenę, choćby kosztem życia drugiego człowieka. Niektórzy powiedzą, że jest to Kościółkowe myślenie i to w czasach kiedy twardo walczy się o legalizację aborcji. Jest to myślenie jak najbardziej ludzkie i można powiedzieć etyczne. Po coś mamy tą spermę, po coś kobiety mają okres i po coś to wszystko się dzieje. Po coś, po to by się rozmnażać, po to by wychowywać i tworzyć rodzinę. A to, że jest to przyjemne, to dobrze, tym bardziej zachęca. Choć teraz, w tych czasach, ta przyjemność wzięła górę nad celem w samym sobie. Konsekwencja chorych na hedonizm. A jeżeli ktoś twierdzi, że dziecko jest mu nie potrzebne, to zawsze może oddać tym, którzy go pragną, niż zabijać.
Wg statystyk, w takich ciężkich przypadkach, najczęściej do dokonania aborcji namawiają mężczyźni, gdyż nie rozumieją do końca macierzyństwa, w sumie do momentu narodzin. I to jest widoczne w filmie. Edward namawia Bellę do momentu, dopóki nie pokochał sam swojego potworka, jeszcze przed narodzinami.

Trudne i kontrowersyjne, ale prawdziwe.

Drugą wartością, są więzy rodzinne. Coś także gdzieś zanikającego. Kiedy Cullenowie przyjmują Bellę do swojej rodziny dbają o nią do końca, chronią, mówią o tym głośno i podkreślają na każdym kroku, akceptując jej inność. Coś niebywałego i godnego naśladowania.

Dla mnie, dla starego pryka, jedyne co jest dziwne w tych wartościach to przekaz, który autorka wybrała aby podzielić się tym z rzeszą odbiorców. Forma w sensie, zmiana o 180 stopni patrzenia na wampiry. Ale, być może to wszystko przemówi do grona najmłodszych i zostanie w głowach na czas jakiś, a może na zawsze.

To już jest koniec.

Pierwsza część ostatniej części Sagi. Do kogo nie przemówiły poprzednie części, to ta tym bardziej nie przemówi i dalej Saga będzie się kojarzyła z nazwą pewnej herbaty niż z filmem. Ja zostanę wielkim fanem części trzeciej. A żeby zobaczyć część trzecią, trzeba widzieć poprzednie, a żeby dopełnić to i także kolejne. Jedno co udało mi się dostrzec to to, że mimo złej formy, jest to produkcja niebywała i dobra, na którą nie wystarczy spojrzeć od strony obrazu i dźwięku, ale przemyśleć dłużej i spojrzeć wgłąb. Co może być cholernie trudne dla ludzi, którzy wcześniej widzieli, a co gorsza są fanami, Draculę, Underworld, Blade’a,  i innych.

Podsumowując zacytuję sam siebie:

Jest to dalej ta sama, infantylna i zagmatwana (przez co męcząca), popkulturwarna historia, którą opisywałem wcześniej i pod tym względem się nic nie zmieniło. Komu się nie podobało, podobać się nie będzie. Amen.

A na koniec muzyczka z reklamy, wszyscy wiemy jakiej, o wampirach:

PS. na następną też pójdę… jestem ciekaw jak to się skończy, a książki nie czytałem i jak zwykle nie zamierzam…

Podziel się:

Piotr Siwiński

Nieprzyzwoicie uprzejmy aluzjonista, kąśliwy romantyk w rogowych okularach, który rzucił palenie, chory na twórstwo wszelakie - nie szczędzi sobie niczego. Nie zaczepiać, nie pytać, nie deptać dywanów i trawników.

4 komentarzy do “Saga Zmierzch: Przed świtem (cz. I)”:

  1. Agata pisze:

    o kurcze, nie podejrzewałam Cię ;) a co wygram jak przeczytasz książkę? wszyscy czytają… ;P

  2. T. pisze:

    …i ja zwykle najlepsza recenzja, jaką można przeczytać ! Szczera do bólu, obiektywna oraz błyskotliwa…i uwaga (!) z wartościowym dostrzeżeniem tego, co między wierszami z wrażliwością a nawet..nadwrażliwością. Chylę czoło i wielbię intelekt…

  3. lucidmordent pisze:

    Pozwolę sobie umieścić komentarz oczoje… oczopląsny zamiast operować słowem, gdyż trupa się nie operuje.
    http://d24w6bsrhbeh9d.cloudfront.net/photo/783775_460s_v1.jpg

Machnij komentarzem.