Odkąd pojawiły się takie programy jak „Taniec z Gwiazdami”, „You Can Dance” a ostatnio również „Tylko taniec” – taniec stał się niezwykle popularną formą spędzania czasu wolnego. Pojawiły się nowe style, grupy zaczynają się już od 5-latków, taniec zaczął pojawiać się w szkołach jako zajęcie dodatkowe, nie mówiąc już o niezliczonej ilości szkół tańca, które otwierano hurtowo w każdej większej aglomeracji.I nie ma w tym nic złego – a nawet mnie się to podoba. Większa konkurencja – wyższy poziom nauki tańca – mogę więcej, lepiej i za mniej tańczyć. Oczywiście koniunktura zrobiła potem swoje, ale to inna bajka.
casting
Miało to wyglądać zupełnie inaczej. Powinna być krótka rozgrzewka – wspólna, lekcja klasyki, ewentualnie tańca współczesnego lub jazzu, a na końcu dopiero nauka choreografii. Tak przynajmniej robią profesjonalne teatry za granicą. Proszą na koniec każdego, żeby został i pokazał własną choreografię – takie jedno- dwuminutowe solo, w którym można się wykazać swoją kreatywnością. Dopiero po tym wszystkim, jak człowiek jest już doszczędnie zmęczony, ale jednocześnie zadowolony, bo mógł się pokazać z każdej strony i jak coś nie wyszło w pierwszej części, to dostał kolejną szansę w drugiej lub trzeciej.
Świr pojechany
Niby nie powinnam pisać, czy recenzja jakiegoś spektaklu odzwierciedlała w pełni odczucia publiczności, gdyż sama brałam w nim udział. A co za tym idzie, zawsze będę podświadomie bronić takiego spektaklu, żeby jak najdłużej został na afiszach oraz pojawił się na deskach w kolejnym sezonie.
Tak więc opera „Dzień świra” w reż. Igora Gorzkowskiego na podstawie libretta Filipa Hadriana Tabęckiego wystawiany w Teatrze Wielkim Operze Poznańskiej.
Opera jak to opera – mnóstwo śpiewu, nie zawsze rozumiane słowa i zazwyczaj klasyczne nadmuchanie i wielki poklask. Nie tym razem. Spektakl został przez Wyborczą zmieszany z błotem. Dosłownie i w przenośni.
Ale jak można napisać recenzję spektaklu na podstawie próby generalnej? I to w dodatku po generalne, na której wszystko się posypało. Soliści zapominali tekstów, były przerwy pomiędzy sekwencjami, a ruchy jeszcze nie wyćwiczone. Tego dnia nie wyszło nic…
Dlatego też Dyrektor Opery zażądał przeprosin. I je otrzymał.
Rzeczypospolita nie była tak drastycznie na Nie, a nawet odniosłam po przeczytaniu recenzjo dosyć optymistyczne wrażenie z całości.
http://www.rp.pl/artykul/467802,800312-Prapremiera-Dnia-swira-w-Teatrze-Wielkim-w-Poznaniu.html
Choć moja opinia i tak będzie inna. Bo zupełnie inaczej stoi się po tej drugiej stronie. Na deskach, gdzie czuje się energię z widowni, a głos wibruje od podniecenia, każda chwila jest jak zupełnie z innej bajki. Szczególnie przy takim przedsięwzięciu, w którym na samej scenie występuje około 60 osób, a związki zawodowe komplikują tylko ilość i jakość prób. Gdy choreograf ruchu scenicznego jest na skraju załamania, a reżyserowi opadają ręce, bo „niedługo premiera, a znowu coś nie wychodzi”.
Gdy po ostatnim ukłonie padły brawa, a na foyer ludzie podeszli, uścisnęli mi ręce mówiąc po prostu: „dziękuję” – to mi w zupełności wystarczyło. Bez dodatkowego poklasku na pierwszej lub drugiej stronie Rz lub Wyborczej.
znaleźć w sobie świra
Czasem nie wystarczy dobrze wykonać ćwiczenie. Każdy choreograf może chcieć czegoś więcej…
Każdy (jak nie, to każdy powinien obejrzeć) oglądał Czarnego Łabędzia w reż. D.Aronofsky’ego gdzie tancerka nie mogła wykrzesać w sobie „czarnego łabędzia”. Tak po prostu jest. Musisz wejść w swoją postać, być w roli, nie można sobie pozwolić na chwilę prywaty.
A jak grasz w Dniu Świra, to musisz grać świra. Ale jest to świrostwo nie-kontrolowane. Bo grając świra mogę sobie pozwolić na dawkę szaleństwa, jakie we mnie drzemie, ale nie znajduje ujścia w codziennym życiu. Na scenie jak przesadzę, będzie to odebrane jako mega-świr czyli rola, którą mi powierzono i której musiałam sprostać. Choć wcale tak ie musiało być.
Sama nie wiedziałam jak wielkie pokłady szaleństwa drzemią we mnie. Ale jak często nosi się paczkę primabaleriny, czy skacze bez zabezpieczeń na 3-cim piętrze rusztowania. I ciągłe problemy z garderobą. Nic tylko świrować. Być sobą i się tym wszystkim nie przejmować.
W końcu świr, świr
Dobra rozgrzewka – zapobieganie kontuzjom
Chyba każdy wie, że dobra rozgrzewka gwarantuje połowę sukcesu. Jest to obowiązkowy element poprzedzający każdy trening, nie tylko taneczny. Służy przygotowaniu ciała do zwiększonego wysiłku, zapobiega lub przynajmniej zmniejsza ryzyko wystąpienia kontuzji.
Jak tego dokonać?
No i…?
Mówią, że o gustach się nie rozmawia, bo każdy ma inny gust. Ale gusta się zmieniają…
Dzisiaj moja kumpela wrzuciła na FB fragment spektaklu, dokładniej chińskiego baletu. Wszystko w spektaklu było ok – lekkie podnoszenia, piękne ruchy, równe synchrony, szpagaty, salta, skoki, kicki itp itd. W skrócie: ładne, zgrabne i widowiskowe.
Po niecałej minucie zadałam sobie pytanie: „No i…?” i wyłączyłam YT. Nie byłam w stanie tego oglądać. Ile można bowiem patrzeć na to samo?! Jeśli chcę obejrzeć salta i szpagaty to włączam mistrzostwa świata w gimnastyce artystycznej na Eurosport, a kicki to sobie pooglądam na freestyle parkour na Cytadeli. To wszystko było! I trąca tanią komerchą i zmanierowaną operetką.
A jeśli chcę pooglądać taniec i chcę coś poczuć, to idę na normalny w świecie spektakl. Spektakl, który zada mi jakieś pytanie albo rozwieje pewne wątpliwości.
Mało jest takich spektakli i (niestety) jak już się zdarzają, to w wielkich miastach. Stąd nie chce mi się wracać do Kołobrzegu… Bo w tym roku widziałam już dwa:) A z kulturą (tą na poziomie) bywa jak z wodą morską: „im częściej ją pijesz, tym bardziej jesteś spragniony”.
Oby w kolejnym roku gusta nadal żądały więcej, nasze pragnienia były zaspokojone.
kompletna abstrakcja
Gdy taniec nie oznacza ruch sam w sobie. Gdy ruch nie oznacza używania kończyn, ciała. Gdy bycie na scenie nie oznacza grania ani zagrywania. Gdy bycie nie jest byciem.
Istnieć nie zawsze oznacza „robić”. A istnienie na scenie jest najtrudniejszym zadaniem, jakie kiedykolwiek przyszło mi zrobić. Miałam sobie wyobrazić, że wzywa mnie ciepłe, czerwone światło, natomiast drugie-niebieskie ciągnie mnie z powrotem. Jednocześnie każdy oddech powinien być odpowiednio artykułowany dźwiękiem. I wszystko to byłoby łatwe do wykonania, gdyby nie to, że wszystkie te ruchy i dźwięki miały być wykonane w ciele idąc z jednego końca sali do drugiego. Moje ciało próbowało się wyrwać z bryły, w którą się zamieniło na te kilka minut ćwiczenia. W brzuchy brzęczał mi wielki robal, niczym bomba zegarowa gotowa wypalić w każdej chwili. Pot sam wstępował na czoło, żyły wychodziły na szyi, ciało drżało od emocji. Po zadaniu miałam ochotę się rozpłakać…
Po ćwiczeniu długo nie mogłam dojść do siebie. Każdy na swój sposób przeżywa takie doświadczenia. Ale jaka potem jest satysfakcja, gdy reżyser mówi właśnie o Tobie. Że wśród tłumu oczy wszystkich zwrócone są właśnie na Ciebie, bo mimo braku ruchu na zewnątrz na scenie istniejesz tylko TY.
Jest wiele aktorów na świecie, piosenkarzy, tancerzy, performerów, ale rzadko który z nich potrafi zaistnieć na scenie nie robiąc ruskiej operetki, taniego show lub burleski. Niewielu jest, którzy potrafią po prostu być i swoim istnieniem porwać tłumy. Jest to bardzo trudna umiejętność, trzeba ją ciągle udoskonalać. Potrzeby widzów, ich oczekiwania ciągle się zmieniają. Ale jedno powodzenie pociąga za sobą następne (o ile nie spocznie się na laurach). I choć sama wciąż uczę się sztuki, i wiem jakie to trudne, mam nadzieję, że kiedyś uda mi się zahipnotyzować widownię w jedyny w swoim rodzaju sposób.
Po prostu poruszyć.
Dlaczego…?
Wiele osób pyta mnie: Dlaczego?
Dlaczego kończąc studia nie idę dalej w 5 lat temu wybranym kierunku? Dlaczego rezygnuję z dobrze-płatnej pracy na rzecz kompletnego szaleństwa? Dlaczego nie myślę o swojej przyszłości, która według „ich wszystkich” jawi się bardzo enigmatycznie i ponuro? Dlaczego tak bardzo tego nie lubię?
No właśnie – nie lubię, nie chcę, nie takiej przyszłości pragnę…
Kiedy po kilku letniej przerwie na nowo rozpoczęłam swoją przygodę z tańcem, moje życie było nudne. Wraz z ilością spędzonych na próbach godzin zaczynało nabierać barw i dźwięków. Zaczęłam uśmiechać się na ulicy, zauważać szczegóły, patrzeć w dal i spoglądać ludziom w oczy. Już nie byłam szarą myszką ze wzrokiem spuszczonym w ziemię. Wtedy traktowali to jak swoisty wybryk, możliwość rozparcelowania wolnego czasu poza studiami, nieszkodliwe hobby.
Ale nikt nie zrozumie co oznacza wejść na scenę, z sercem przepełnionym tremą i poruszyć się tak, by ludziom zabrakło tchu. By widzowi poleciała bokiem łza, bo poruszyłeś tą część jego serca i umysłu, którą zamurował betonem. Albo kogoś rozśmieszyć. Po prostu poruszyć.
Sama za ich namową kierowałam się rozumem myśląc, że to „hobby” się niedługo skończy i należy korzystać, póki jestem młoda.
Aż to poczułam…
- Przez Ciebie się dzisiaj popłakałam – usłyszałam po jednym (o dziwota nieudanym!) występie.
- ???
- Kiedy tak tańczyłaś na scenie, to przypomniało i się, jak kiedyś ja sama tańczyłam. Ale zrezygnowałam, bo wyjechałam na studia, bo rodzice nie byli zadowoleni, że tańczę, bo myślałam, że to sport bez przyszłości. Zapomniałam jak to jest. Ty mi o tym na nowo przypomniałaś. Dziękuję.
Powiedziała mi to całkiem nieznajoma dziewczyna na imprezie po Festiwalu Twórczości Studenckiej ARTenalia w Poznaniu i te słowa były tą iskrą, która rozpaliła we mnie mały płomyk. Płomyk, który obecnie pożera wszystkie moje myśli. Stało się to moim pragnieniem i odwieczną inspiracją. Który poprawia mi humor w złe dni, rozjaśnia mój uśmiech w pogodne i nadaje rytm.
I niech nie pytają wszyscy inni: „Dlaczego?”. To trzeba po prostu poczuć…